7 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 4.

(jeśli nie czytałeś/aś poprzedniej części tego artykułu, zalecam jego przeczytanie od części pierwszej)

 

Pomyślność finansowa firmy rodziców nie trwała wiecznie. Właściciel niemieckiej firmy, z którymi rodzice współpracowali przekazał ją swojemu synowi, który w rok położył tę 3-pokoleniową działalność na łopatki. Ojciec, gdy się pokapował, co młody zrobił, wziął ponownie sprawy w swoje ręce i obiecał spłatę pokaźnego długu, który narósł wobec pracy przedsiębiorstwa moich rodziców. Pech chciał, że ów ojciec pojechał do szpitala na jakiś zabieg i umarł, a że była to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która stała się niewypłacalna to poszła pod młotek. Tak oto rodzice musieli zamknąć swoją firmę z kilkunastoma pracownikami na pokładzie. 

 

Tak przy okazji, to jest niestety minus trzymania się jednej, tzw. dojnej krowy. W każdym razie rodzicom jakoś się udało opłacić moje studia do końca, za co jestem bardzo wdzięczny, jednak już na czwartym roku musiałem przejmować mój własny ster finansowy – o tym opowiem w dalszej kolejności gdy skończę wątek studiów, bo jest tu jeszcze kilka fajnych rzeczy do przekazania 🙂

 

Na studiach była jedna osoba, której wykłady rozpalały umysły i wyobraźnię studentów, a ćwiczenia były czymś więcej niż suchą wiedzą i prostymi schematami utrwalającymi wiedzę.

 

Dr Rafał Ohme. Wykorzystał swoją wiedzę na temat psychologii emocji i motywacji, reklamy, czy neurokognitywistyki we własnej firmie, która szybko zaczęła podbijać świat, ale też jej wizerunek szybko został zniszczony przez polską głupotę, zazdrość i hejt za sprawą artykułu jednego z czołowych czasopism marketingowych, które już nie istnieje (przynajmniej dla mnie tak to wyglądało).

 

Wtedy był to jednak zbyt duży kaliber, żeby to ogarnąć, bo ja zaczynałem a Pan Rafał miał biuro w Nowym Jorku, oferował usługi największym firmom świata i czaił się na rynek azjatycki. Jednak dziękuję stokroć za rozbudzenie ducha przedsiębiorczości! To właśnie jemu pokazaliśmy z Kamilem naszą pierwszą grę i choć okazała się on klapą z uwagi na nasz brak wiedzy w tematach biznesu i sprzedaży, to powiedział, że fajne mamy pomysły i trzeba cisnąć temat. Nasi pozostali koledzy i znajomi w tym czasie kręcili głowami, a w oczach mieli pytanie: „Co oni odwalają?”.

 

To wszystko jest składową wielu momentów podczas studiów, o których mogę powiedzieć, że mnie uszczęśliwiały. Wygląda na to, że szczęście to efekt wytężonej pracy, ciekawości, porażek i sukcesów a także relacji z innymi ludźmi, co przekłada się na mocne stąpanie po ziemi i duży stopień samokontroli własnego życia.

 

Całe życie podnosimy lub obniżamy swoje szczęście, raz bardziej świadomie, innym razem mniej. Często nie potrafimy utrzymać własnego szczęścia na poziomie, który daje nam satysfakcję. Szczęście może opadać przez wiele lat. W końcu zauważamy różnicę pomiędzy nami a innymi osobami, które są szczęśliwsze. Ten punkt odniesienia moim zdaniem przyspiesza opadanie. Wtedy stajemy się opryskliwi, niedostępni, niby spoko ale tak naprawdę mamy ochotę wbić im nóż w plecy, pojawiają się niezrozumiałe, dziwne zachowania, wypalamy się. W konsekwencji popełniamy błędy, które nas definiują.

 

Podobno w życiu najważniejsza jest miłość. Owszem, tylko że miłością nie zapłacę za rachunki, choć akurat w moim przypadku, seria gier Arkana Miłości, którą stworzyliśmy z Kamilem o miłości traktuje, więc niejako miłością płacę za niektóre rachunki bo te gry sprzedają się do dzisiaj.

 

W każdym razie wracając do przejęcia własnego steru finansowego, nie od razu był to biznes związany z grami, gdyż tutaj strategia była bardziej długofalowa (o tym opowiadam w innym rozdziale). Aby móc opłacić podstawowe potrzeby musiałem zarabiać a więc pracować.

 

Będąc jeszcze na czwartym roku studiów, zacząłem rozglądać się za pracą, a że jako miałem być psychologiem, postawiłem na firmy badawcze. Rozesłałem więc CV, odezwała się jedna firma, w której pracował już jeden z moich kolegów. Otrzymałem zestaw zadań do wykonania, które wykonałem odsyłając je mailowo. To była jakaś prezentacja + analiza danych. Zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. I co? I nic. Firma się już nie odezwała, choć kolega mimochodem dowiedział się, że zrobiłem wszystko wzorowo. Może zrobiłem wszystko zbyt dobrze (haha!). Mniejsza o to. 

 

Zacząłem łapać prace dorywcze u znajomego, który na wizytówce miał napisane magiczne hasło “Ryby, grzyby, złom”. Ahoj przygodo! Nadchodzę! Handlowałem u niego truskawkami przy drogach pod Wrocławiem i na targowiskach.

 

Nawiasem mówiąc, handlowanie truskawkami przy drodze to była bardzo fajna robota! Przeczytałem wtedy masę książek. Poza tym jeździłem na rozbiórki budynków! Yay! Maszyny rozwalały mury, grzebały w ziemi, a my odbieraliśmy złom, który trzeba było dostarczyć we wskazane miejsce. 

 

Pewnego razu znalazłem kilkanaście powojennych łusek dość dużego kalibru, niemiecki kubek ze swastyką, medal za bitwę pod Berlinem, zardzewiałą pepeszę (radziecki karabin) z wykrzywioną lufą, oraz 2 hełmy niemieckich żołnierzy z dziurą po kuli.

Robota może nie była idealna dla mojego zawodu, jednak kasa była dobra, liznąłem poza tym trochę zarządzania i doradziłem, jako specjalista od marketingu, że “Ryby, grzyby, złom” na wizytówce nie jest zbyt dobrym hasłem. Ta praca nauczyła mnie, że nie zawsze bywa ona lekka, co było jej ewidentnym plusem. Nauczyła mnie także wielu innych rzeczy, o których na studiach nikt mi nie mówił, choćby tego, jak handlować i negocjować by zarobić.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.