Wpisy

11 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 8.

Uczucie sprzedaży podzespołu komputerowego, który własnoręcznie przygotowałem do sprzedaży było i jest miłe, ale sprzedaż gotowego produktu w postaci gry planszowej lub karcianej, który tworzyło się od A do Z i zobaczenie go na półce sklepowej, czy wreszcie w rękach gracza, który z ochotą i uśmiechem na twarzy gra w tę grę ze znajomymi to zupełnie coś innego.

 

Nie mam jeszcze własnych dzieci, ale myślę, że można to porównać do uczucia gdy nauczyło się czegoś dziecka i ono zaczęło samodzielnie to robić 🙂 Zachwyt i duma, pasja! Gdzieś usłyszałem na jakimś wykładzie, że tylko pasja zrobi z nas gigantów i ja się tego trzymam. W przeciwnym wypadku istnieje duże ryzyko, że po prostu się wypalisz. Może to zniszczyć lub znacznie ograniczyć twój biznes.

 

Powiem więcej, na pewno się wypalisz, nawet jeśli robisz to, co lubisz i jesteś ambitny. Dlaczego? Ponieważ twoje ciało jako całość nie jest dobrze przystosowane do obecnych czasów, gdzie mamy do czynienia z szybkim rozwojem cywilizacyjnym. Brak czasu, gonitwa za pieniądzem, zarywanie nocy, ciągła orka, praca, praca, praca… nawet jeśli to lubisz, organizm w końcu powie STOP, a ty nie będziesz miał pewności, co się dzieje.

 

Stres, zniechęcenie, apatia, znudzenie, nadpobudliwość nerwowa, brak kontroli emocji, depresja, ból fizyczny, problemy z koncentracją i pamięcią, brak marzeń… to tylko niektóre z objawów, których możesz doświadczyć. Z wypaleniem jest jak z hejtem. Dopiero, jak nam ktoś nieźle przywali to wtedy się budzimy (więcej o hejcie przeczytasz w książce “Hejtoholik”, w której dzięki uprzejmości autora – Michała Wawrzyniaka – opisano kilka niefajnych sytuacji, które dotknęły nasze wydawnictwo). 

 

Wiem o tym dobrze, ponieważ około 3 lata temu dotknęło mnie wypalenie. Wierz lub nie, ale mój organizm również powiedział STOP. Nie udało się zrealizować wielu rzeczy. W zasadzie prawie cały plan na rok 2017 poszedł w piach.

 

Ciągła wieloletnia orka wyczerpała mi zapasy wielu witamin i minerałów. Szczęście w nieszczęściu, ponieważ mój wspólnik Kamil, pracując w korpo miał podobnie, tylko 2 lata wcześniej. Kilka badań później i setki złotych na nie wydanych okazało się, że nabawiłem się ostrych niedoborów witamin i nerwicy. Bardzo ogólnie mówiąc, nie pozwoliło mi to na pracę w normalnym trybie a leczenie (suplementacja witamin) trwa wiele miesięcy a nawet lat, co więcej, należy przy tym bardzo o siebie dbać. Do tej pory jeszcze nie osiągnąłem pełni zdrowia… ale pracuję nadal nad tym.

 

Co z tego, że pracowałem nad tym, co jest moją pasją? Co z tego, że myślałem, że dbam o siebie wystarczająco (w miarę zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nie spożywanie kawy, alkohol okazyjnie). Przy takim tempie pracy i życia (intensywne studia, potem prowadzenie 2 biznesów) nie da się uzupełnić wszystkich potrzebnych zasobów normalnym jedzeniem, a mózg potrafi zużyć większość z nich o wiele szybciej niż myślisz, że to możliwe. Zdrowe odżywianie to też było złudne przekonanie dopóki nie skonsultowałem się z ekspertem w dziedzinie odżywiania.

 

Najzabawniejsze jest to, że przecież mam tylko 32 lata. Jak to możliwe? Myślałem, że zmienia mi się osobowość, że wcześniej dopadł mnie kryzys wieku średniego (haha!). Jednak nie, to po prostu przepracowanie oraz niedobory witamin i minerałów (głównie magnezu), które wpływają wieloma sposobami na pozytywne samopoczucie. 

 

Idź zrób sobie wszystkie możliwe badania, nawet jeśli teraz nic ci nie jest i czujesz się całkowicie zdrowy. Lepiej zapobiegać niż doprowadzić do rozwoju choroby. O ironio, już od ponad roku przed pogorszeniem się stanu mojego zdrowia miałem w planie kompleksowe przebadanie się, oczywiście tego nie zrobiłem, a szkoda, bo mógłbym uniknąć tego nieprzyjemnego stanu i setek złotych wydanych na badania i leki. Sygnały dot. zdrowia, które dawał mi organizm od 2-3 lat również olewałem. Nauczka na przyszłość.

 

Z drugiej strony, gdyby to nie wystąpiło, to nie zacząłbym przykładać do tego problemu a więc i do swojego zdrowia, większej wagi. Nie doszedłbym do wniosku, że duża ilość pracy jest po prostu głupia i nieefektywna w ostatecznym rozrachunku. Nie zainteresowałbym się wieloma tematami, nie zacząłbym układać sobie inaczej czasu, nie odpocząłbym, czy wreszcie nie napisałbym o tym tutaj. Gdzieś w jakiejś książce niedawno przeczytałem, że jeśli masz powyżej 30 lat i pracujesz po 12h dziennie to nie umiesz pracować i jesteś debilem. Jakże to prawdziwe :p

 

Dzięki temu, że o tym napisałem, ty możesz zaoszczędzić sobie ewentualnych kłopotów ze zdrowiem, czy straconego z tego powodu czasu, a jak się okazuje, wiele młodych osób ma podobne objawy z przepracowania. Twoje ciało to twój pojazd, na który masz dożywotni leasing. Zadbaj o nie odpowiednio, nawet jeśli będzie to kosztować, bo często wydajemy więcej na samochód, mieszkanie, firmę, niż na siebie, a przecież to my w tym równaniu jesteśmy najważniejsi.

 

Pomimo tego, że najprawdopodobniej przyjdzie czas, w którym zauważysz pierwsze oznaki wypalenia, warto się wtedy zastanowić, czy to, co robisz jest rzeczywiście twoją pasją, czy może tylko ci się wydaje, że nią jest. Najtrudniej jest wtedy, gdy wydaje ci się, że to pasja a zarabiasz dobre pieniądze. Wtedy ciężko z tego zrezygnować, ponieważ przyzwyczaiłeś się do pewnego poziomu życia, którego obniżenie może po prostu zaboleć, a do tego najprawdopodobniej posiadasz jakieś kredyty i jesteś uwiązany na kilka lub nawet kilkadziesiąt lat, co oznacza że musisz mieć dobre wpływy bez przestojów. 

 

Żeby nie być hipokrytą, sam mam kredyt hipoteczny na wiele lat, na szczęście nie we frankach – alarmy płynące z rynku uświadomiły mi, że lepiej wziąć kredyt w złotówkach (przydała się wiedza finansowa). Założyłem sobie, że spłacę go jak najszybciej się da, więc często żyję jak student, jem kanapkę z chlebem, czasem smaruję ją nożem dla urozmaicenia, ale daję radę, staram się oszczędzać pieniądze. Tak naprawdę to trochę przesadzam, lepiej nie żałować pieniędzy na zdrowe jedzenie. Słabe jedzenie nie dostarczy nam odpowiedniej ilości witamin i minerałów.

 

Jest to niezwykle trudne, bo chętnie inwestuję w firmę w razie potrzeby – wiem jednak, że jest to pułapka i nie powinienem tak robić. To czego nauczyłem się jako sprzedawca ubezpieczeń, to płacenie najpierw sobie (odkładanie na bok), potem reszcie, dzięki czemu już od kilku lat nie było sytuacji, że nie starczyło mi pieniędzy do końca miesiąca. Polecam tę metodę (ja odkładam min. 10% miesięcznego dochodu, często więcej – po prostu tyle, ile mogę). 

 

Co więcej, co tydzień podsumowuję wpływy i przelewam 1% na osobne konto. To jest mój osobny zysk, którego 50% wypłacam sobie raz na 3 miesiące i kupuję sobie jakiś prezent (można powiedzieć, że to taka mała dywidenda). Zresztą, w ogóle rozdzielam finanse na kilka różnych kont (mam kilkanaście stałych codziennych zleceń). Dzięki temu zawsze jest kasa na ZUS, podatki, czy VAT. W ten sposób odsuwam od siebie pieniądze, które nie są moje, ale skarbówki i innych państwowych instytucji. Trochę kole w oko, jak na koncie z VATem uzbiera się ładna sumka, którą trzeba oddać, ale wychodzę z założenia, że lepiej mieć świadomość tego, ile kosztują podatki, niż szastać nie swoimi pieniędzmi.

 

Czuję, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Może zabrzmi to dziwnie, ale od czasu do czasu mam wrażenie, że to co robię w danej chwili już się wydarzyło (takie przebłyski w głowie). Gdzieś, nie pamiętam już gdzie, przeczytałem, że jest to oznaka zmierzania w dobrym kierunku. Można wierzyć lub nie, jednak to już twój wybór. 

Warto więc wziąć pod uwagę swoje doświadczenia życiowe, spisać, przeanalizować oraz wyciągnąć wnioski, które można wykorzystać w biznesie. Gwarantuję ci, że jeszcze jest wiele rzeczy, na które wcześniej nie zwracałeś uwagi, a dzięki takiemu ćwiczeniu być może odkryjesz zupełnie nowe, pomocne powiązania. Wiem o tym, że mi się to udało, ponieważ pisząc tę książkę wpadłem na wiele pomysłów, które na pewno wykorzystam.

 

Koniec kolejnej, ostatniej już części tego artykułu. Kolejny rozdział już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

10 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 7.

Tak właśnie bardzo ogólnie wygląda moje dotychczasowe doświadczenie zarówno zawodowe, jak i życiowe. Choć nie ma tego dużo (wszakże pisząc te treści mam dopiero 32 lata), to te dwa rodzaje doświadczeń, jak pewnie zauważyłeś, w pewnym momencie zaczęły się przeplatać. Śmiało można także stwierdzić, że jedno miało wpływ na drugie i odwrotnie. Skala wzajemnych zależności jest tutaj całkiem spora. Do czego więc to prowadzi? 

 

Faktem jest, że każdy z nas jest inny, każdy posiada inne doświadczenia życiowe, które mają wpływ na nasz rozwój. Pewne wydarzenia w życiu, szczególnie te kluczowe, te które nas w jakiś sposób kształtują, na pewno pomogą szybciej zrozumieć kilka tematów. Warto obserwować te momenty, a nawet spisywać je wraz z towarzyszącymi nam wówczas doświadczeniami i emocjami. 

 

Prowadzenie pamiętnika wydaje się głupią sprawą, kojarzącą się bardziej z różowymi notatnikami w kształcie serduszek, zamykanymi na kłódkę, których pilnie strzegły przed wzrokiem ciekawskich kolegów nasze koleżanki ze szkoły podstawowej. Daleko temu wyobrażeniu do poważnych metod pracy nad rozwojem własnej osoby. Pomyśl sobie jednak, jak duże doświadczenie miałbyś zebrane i jaki wgląd w przeszłość, gdybyś faktycznie to robił od kilku lat. Nigdy nie patrzyłem na to z tej perspektywy, ale wygląda na to, że warto to robić. Najlepsze jest jednak to, że 99% ludzi i tak tego nie zrobi. Ty też najprawdopodobniej tego nie zrobisz. Ja też tego nie robię… często tłumacząc sobie, że fajnie byłoby zacząć wiele lat temu a teraz to już jest za późno. Nie! Nigdy nie jest za późno. Dla przykładu, Charles Flint założył firmę IBM w wieku 61 lat.

 

Chcę ci pokazać, że większa szansa na ogarnięcie się jest wtedy, gdy nie jest za łatwo, bo gdy masz za łatwo, nie nauczysz się radzić sobie z problemami, które napotkasz (a nie ma opcji, że nie napotkasz). Spotkałem jednak osoby, którym się to nie udało, przez co zaczęły kopać w swoim własnym dole do niczego sensownego nie dochodząc, budząc się w końcu z ręką w czterech literach (albo nie budząc się wcale). 

 

Najważniejszy w tym wszystkim był cel, który z początku polegał na zarobieniu kasy i utrzymaniu się. Następnie cel zarobienia jeszcze większej kasy poprzez założenie firmy i to nie byle jakiej, bo opartej na pasji – zarówno jeśli chodzi o komputery oraz gry. Myślę, że to było kluczowe. PASJA.

 

To dzięki niej byłem w stanie wstawać o 5 rano by jechać na giełdę po komputery, uczyć się handlu i systemów sprzedażowych, siedzieć po nocach i składać gry do druku w programie graficznym, czy wreszcie składać same gry, które przyszły z drukarni (na początku tak to właśnie wyglądało – sami z Kamilem to składaliśmy w domu bo tak było taniej). Chociaż teraz jak na to patrzę, wiek też ma duże znaczenie. Jak jesteś młody, możesz napierdzielać wręcz 24h/7. Szybko się regenerujesz i masz większą motywację. Później musisz o siebie bardziej zadbać i umiejętnie oszczędzać swoje siły oraz zdrowie.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

9 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 6.

(jeśli nie czytałeś/aś poprzedniej części tego artykułu, zalecam jego przeczytanie od części pierwszej)

 

Mniej więcej w roku 2012 szukałem jak głupek dodatkowych form zarobku. Nie wiedziałem jeszcze, że wzięcie na swoje barki większej ilości obowiązków jako nowych źródeł dochodu jest po prostu głupie, bo ciężko ogarnąć dwa biznesy, a co dopiero trzy (ale nie, ja potrafię!).

 

Kompletnie nie był to mój poziom, ale wspomnę o moim trzecim biznesie, ponieważ prócz powyższego nauczył mnie kilku dodatkowych rzeczy. Zostałem sprzedawcą ubezpieczeń! Żyłem z prowizji, a że nie sprzedałem prawie nic, to prowizji nie było. Przez rok z hakiem brałem za to czynny udział w szkoleniach organizowanych przez pracodawcę, odbywałem spotkania z klientami (których najpierw sam musiałem sobie znaleźć) a nawet zdałem państwowy egzamin Komisji Nadzoru Finansowego!

 

Niestety i to nie pomogło mi sprzedawać ubezpieczeń, ale za to zrobiłem sobie ładne wizytówki. Nawet nowy garnitur kupiłem by dodać sobie pewności siebie (nowy czarny garnitur: +100 do pewności siebie) i choć bardzo lubię chodzić w garniaku, to on sam w sobie nie pomógł. Nie wiem, może dlatego, że później się dowiedziałem, że granatowy jest bardziej prosprzedażowy. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

 

Firma wyposażyła mnie w skrypt sprzedaży, ale oczywiście zrobiłem własną prezentację w odjechanym programie Prezi, bo uważałem, że przecież wiem lepiej, jak to powinno wyglądać. Chyba jednak nie. Poznałem mimo wszystko kilku fajnych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. To, co udało mi się wynieść ze szkoleń, to nie tylko kilka butelek wody, notes z długopisem i segregator, ale także i przede wszystkim wiedza o zarządzaniu finansami oraz o rynkach finansowych

 

W pewnym momencie jednak, w grudniu 2013 roku, gdy pojechałem na święta do domu rodzinnego, zapłakałem, bo nie miałem nawet za co kupić prezentów. Było mi bardzo źle z tego powodu. Sporo kasy wydałem w tym biznesie na dojazdy, telefony, dodatkowe szkolenia, kawki z niedoszłymi klientami etc. Wtedy uświadomiłem sobie, co ja k&*#^ robię… 

 

Porzuciłem więc ten biznes, bo choć było to ciekawe doświadczenie i sporo się nauczyłem, to jednak nie był to właściwy kierunek działania w tamtym okresie. Skupiłem się na komputerach, a w następnej kolejności na grach, co było o wiele lepszym posunięciem, które dość szybko zaplusowało finansowo.

 

Aktualnie w większości zajmuję się nadal komputerami, w drugiej kolejności grami. Wpadam często w pułapkę typowego kreatora. Widzę masę możliwości zrobienia biznesu, jednak każdy wymaga czasu, którego nie mam lub oddelegowania prac. Pracownicy jednak kosztują a nowe biznesy lubią pochłaniać kapitał jak wujek Wiesio wódkę na weselu. Nie zawsze się to spina a często wychodzi z tego klapa a pieniądze idą w błoto. Co prawda zawsze można dzięki temu zyskać nowe doświadczenia, ale czasem jednak mimo wszystko wolałbym uzyskać także zwrot z inwestycji.

 

Z biznesem komputerowym też bywało różnie. Po tym, jak prowadziłem sklep z kuzynem, doszedłem do pewnego momentu, w którym zacząłem czuć brak postępu/rozwoju. Obroty były na podobnym poziomie, co miesiąc a próby zmiany tego stanu rzeczy nie za bardzo przynosiły rezultaty. Trwało to około 2 lat, po czym podjąłem decyzję o wyjściu z tego biznesu. Przyczyn było naprawdę wiele. Można to jednak zamknąć w stwierdzeniu, że miałem na to inny pomysł, który był niemożliwy do zastosowania w obecnej formie biznesu. Wniosek z tego taki, że czasem łatwiej zacząć od nowa na nowych fundamentach niż próbować zmieniać je, ryzykując zawalenie budowli. 

Przez pół roku zastanawiałem się, co dalej i w jakiej dokładnie formie. Kolejne pół roku domykałem wszystkie nagromadzone stare sprawy wydawnictwa Let’s Play, łącznie z podrasowaniem aktualnych gier i dopieszczenia spraw licencyjnych z wydawnictwem Rebel. Gdy pieniądze zaczęły się kończyć, wróciłem do pracy w biznesie komputerowym, na nowych własnych warunkach, które przyniosły w krótkim czasie świetne efekty. Potwierdza się zatem hipoteza, że lepiej zburzyć coś, co istnieje i zbudować to na nowo.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

8 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 5.

(jeśli nie czytałeś/aś poprzedniej części tego artykułu, zalecam jego przeczytanie od części pierwszej)

 

W pewnym momencie podczas niedzieli handlowej na jednym z wrocławskich targowisk przyniosłem swoje stare części z roweru oraz komputera. Rozłożyłem wszystko pięknie na kocyku i ku mojemu zdziwieniu wszystko się sprzedało. Aha… pomyślałem. Zacząłem więc chodzić po giełdzie i szukać komputerów. Okazało się, że raz – sprzedawcy często się na tym nie znali, dwa – komputer kupiony w całości i sprzedany na części jest wart średnio 2-3x więcej. 

 

Kupując i sprzedając komputery na części, często uciekając przed deszczem, czy marznąc przy -10 stopniach celsjusza, mogłem sobie ekstra dorabiać. Wynajmując pokój, jako student, szybko zagraciłem go sprzętem komputerowym i otworzyłem swój pierwszy sklep na Allegro pod jajcarską nazwą KungLaoComputers (cóż, nie była to może najlepsza nazwa, ale sprzęt się sprzedawał). Dodatkowo posługiwałem się niezwykle twórczym hasłem marketingowym “najlepsze aukcje w internecie”. 

 

Miało być z jajem i na pokrycie codziennych wydatków, a z czasem rozwinęło się do całkiem niezłej sumki (kilka stów ekstra miesięcznie przy niskim wkładzie pracy). Sprzęt szybko zapełnił również piwnicę w bloku, która przynależała do mieszkania właściciela. Gdy ktoś przychodził, np. wybrać obudowę, ja z uśmiechem na twarzy mówiłem “zapraszam do piwnicy”. Trwało to do roku 2011, kiedy stwierdziłem, że można by pójść krok dalej. 

 

Miałem wtedy na stanie sprzętu o wartości ok. 5 tys. zł. Zaprosiłem do biznesu mojego kuzyna, który włożył do niego tyle samo kasy, co ja miałem sprzętu. Zainwestowaliśmy te pieniądze w kupno kolejnego sprzętu a po kilku miesiącach wynajęliśmy nasz pierwszy lokal (dwupoziomowy o łącznym metrażu 30m2; minus był taki, że nie było okien, był za to luft na dachu, przez który wpadało jakieś światło, a latem można było korzystać z drugiego poziomu jako sauny). 

 

Było jednak tanio, co pozwalało rozwijać skrzydła. Nazwa sklepu została zmieniona, rozpoczęliśmy sprzedaż w internecie z kopyta! Po sprzęt jeździliśmy na giełdy do Lubina i Wrocławia, zawsze przywożąc całego starego passata kombi, w którym potrafiło się zmieścić nawet 30 komputerów (zapewne łezka się kręci w oku polskiego handlarza samochodami, pana Mirka; jeśli nie wiesz o co chodzi wpisz w Google hasło “passat Mirek”). Krótko mówiąc, jedynym minusem tego auta był ten na akumulatorze. Kupowałem więc sprzęt, negocjowałem ceny, zdobywałem doświadczenie, poznawałem się na ludziach, dzięki czemu kupowałem jeszcze taniej i sprzedawałem jeszcze drożej. 

 

Tak to się kręciło i kręci do dzisiaj z tym, że biznes jest trochę bardziej rozwinięty. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że chcę cały czas iść do przodu. Dobrze wiem, że w handlu komputerami raczej nie mam szans (a nawet na pewno nie mam szans) zaistnieć na rynku globalnym z powodu zbyt dużej konkurencji i milionowego kapitału, którego nie mam, choć pieniądze tam są i tak bardzo dobre.

 

Szansa na to istnieje jednak w wydawnictwie Let’s Play, gdzie kilka z naszych produktów trafia już na rynki zagraniczne i to mnie tutaj najbardziej pociąga, tj. zbudowanie globalnej marki oferującej produkty w różnych językach. Wymaga to, co prawda cholernie dużo pracy, jednak wiem, że mi się to uda, gdyż mamy już trochę doświadczenia a przede wszystkim, mamy własne produkty. Niestety albo stety będzie to oznaczało, że będę musiał pożegnać się z komputerami i przerzucić wszystkie swoje siły na rozwój wydawnictwa, no chyba że wypracuję inne rozwiązanie (mam kilka pomysłów, które już realizuję, więc zobaczymy).

 

Piszę o tym ponieważ najprawdopodobniej staniesz przed dylematem podobnego kalibru. Tworząc lub wydając gry dojdziesz do momentu, w którym będziesz musiał się zdecydować, czy dalej zajmować się tym, czym na co dzień się zajmujesz, np. pracując na etacie, czy może poświęcić się w pełni grom lub po prostu swojej pasji. Najtrudniej może być osobom, które nie mają ciepłej posadki i dobrej wypłaty, ponieważ zanim dojdziesz do dobrej opłacalności biznesu z grami może minąć wiele lat. 

Z drugiej strony, ciągłe dofinansowywanie biznesu z własnej kieszeni może być powolnym zaciskaniem pętli na szyi, nawet jeśli uda ci się wydać bardzo dobrą grę. Może brzmi niewiarygodnie, ale może to spowodować efekt pozornie dobrej kondycji firmy, która tak naprawdę nie jest rentowna. To po prostu nie jest tak łatwe, jak się wydaje. Po drodze czeka na nas wiele niewiadomych, których ogarnięcie może nas dużo kosztować.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

7 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 4.

(jeśli nie czytałeś/aś poprzedniej części tego artykułu, zalecam jego przeczytanie od części pierwszej)

 

Pomyślność finansowa firmy rodziców nie trwała wiecznie. Właściciel niemieckiej firmy, z którymi rodzice współpracowali przekazał ją swojemu synowi, który w rok położył tę 3-pokoleniową działalność na łopatki. Ojciec, gdy się pokapował, co młody zrobił, wziął ponownie sprawy w swoje ręce i obiecał spłatę pokaźnego długu, który narósł wobec pracy przedsiębiorstwa moich rodziców. Pech chciał, że ów ojciec pojechał do szpitala na jakiś zabieg i umarł, a że była to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, która stała się niewypłacalna to poszła pod młotek. Tak oto rodzice musieli zamknąć swoją firmę z kilkunastoma pracownikami na pokładzie. 

 

Tak przy okazji, to jest niestety minus trzymania się jednej, tzw. dojnej krowy. W każdym razie rodzicom jakoś się udało opłacić moje studia do końca, za co jestem bardzo wdzięczny, jednak już na czwartym roku musiałem przejmować mój własny ster finansowy – o tym opowiem w dalszej kolejności gdy skończę wątek studiów, bo jest tu jeszcze kilka fajnych rzeczy do przekazania 🙂

 

Na studiach była jedna osoba, której wykłady rozpalały umysły i wyobraźnię studentów, a ćwiczenia były czymś więcej niż suchą wiedzą i prostymi schematami utrwalającymi wiedzę.

 

Dr Rafał Ohme. Wykorzystał swoją wiedzę na temat psychologii emocji i motywacji, reklamy, czy neurokognitywistyki we własnej firmie, która szybko zaczęła podbijać świat, ale też jej wizerunek szybko został zniszczony przez polską głupotę, zazdrość i hejt za sprawą artykułu jednego z czołowych czasopism marketingowych, które już nie istnieje (przynajmniej dla mnie tak to wyglądało).

 

Wtedy był to jednak zbyt duży kaliber, żeby to ogarnąć, bo ja zaczynałem a Pan Rafał miał biuro w Nowym Jorku, oferował usługi największym firmom świata i czaił się na rynek azjatycki. Jednak dziękuję stokroć za rozbudzenie ducha przedsiębiorczości! To właśnie jemu pokazaliśmy z Kamilem naszą pierwszą grę i choć okazała się on klapą z uwagi na nasz brak wiedzy w tematach biznesu i sprzedaży, to powiedział, że fajne mamy pomysły i trzeba cisnąć temat. Nasi pozostali koledzy i znajomi w tym czasie kręcili głowami, a w oczach mieli pytanie: „Co oni odwalają?”.

 

To wszystko jest składową wielu momentów podczas studiów, o których mogę powiedzieć, że mnie uszczęśliwiały. Wygląda na to, że szczęście to efekt wytężonej pracy, ciekawości, porażek i sukcesów a także relacji z innymi ludźmi, co przekłada się na mocne stąpanie po ziemi i duży stopień samokontroli własnego życia.

 

Całe życie podnosimy lub obniżamy swoje szczęście, raz bardziej świadomie, innym razem mniej. Często nie potrafimy utrzymać własnego szczęścia na poziomie, który daje nam satysfakcję. Szczęście może opadać przez wiele lat. W końcu zauważamy różnicę pomiędzy nami a innymi osobami, które są szczęśliwsze. Ten punkt odniesienia moim zdaniem przyspiesza opadanie. Wtedy stajemy się opryskliwi, niedostępni, niby spoko ale tak naprawdę mamy ochotę wbić im nóż w plecy, pojawiają się niezrozumiałe, dziwne zachowania, wypalamy się. W konsekwencji popełniamy błędy, które nas definiują.

 

Podobno w życiu najważniejsza jest miłość. Owszem, tylko że miłością nie zapłacę za rachunki, choć akurat w moim przypadku, seria gier Arkana Miłości, którą stworzyliśmy z Kamilem o miłości traktuje, więc niejako miłością płacę za niektóre rachunki bo te gry sprzedają się do dzisiaj.

 

W każdym razie wracając do przejęcia własnego steru finansowego, nie od razu był to biznes związany z grami, gdyż tutaj strategia była bardziej długofalowa (o tym opowiadam w innym rozdziale). Aby móc opłacić podstawowe potrzeby musiałem zarabiać a więc pracować.

 

Będąc jeszcze na czwartym roku studiów, zacząłem rozglądać się za pracą, a że jako miałem być psychologiem, postawiłem na firmy badawcze. Rozesłałem więc CV, odezwała się jedna firma, w której pracował już jeden z moich kolegów. Otrzymałem zestaw zadań do wykonania, które wykonałem odsyłając je mailowo. To była jakaś prezentacja + analiza danych. Zostałem zaproszony na rozmowę kwalifikacyjną. I co? I nic. Firma się już nie odezwała, choć kolega mimochodem dowiedział się, że zrobiłem wszystko wzorowo. Może zrobiłem wszystko zbyt dobrze (haha!). Mniejsza o to. 

 

Zacząłem łapać prace dorywcze u znajomego, który na wizytówce miał napisane magiczne hasło “Ryby, grzyby, złom”. Ahoj przygodo! Nadchodzę! Handlowałem u niego truskawkami przy drogach pod Wrocławiem i na targowiskach.

 

Nawiasem mówiąc, handlowanie truskawkami przy drodze to była bardzo fajna robota! Przeczytałem wtedy masę książek. Poza tym jeździłem na rozbiórki budynków! Yay! Maszyny rozwalały mury, grzebały w ziemi, a my odbieraliśmy złom, który trzeba było dostarczyć we wskazane miejsce. 

 

Pewnego razu znalazłem kilkanaście powojennych łusek dość dużego kalibru, niemiecki kubek ze swastyką, medal za bitwę pod Berlinem, zardzewiałą pepeszę (radziecki karabin) z wykrzywioną lufą, oraz 2 hełmy niemieckich żołnierzy z dziurą po kuli.

Robota może nie była idealna dla mojego zawodu, jednak kasa była dobra, liznąłem poza tym trochę zarządzania i doradziłem, jako specjalista od marketingu, że “Ryby, grzyby, złom” na wizytówce nie jest zbyt dobrym hasłem. Ta praca nauczyła mnie, że nie zawsze bywa ona lekka, co było jej ewidentnym plusem. Nauczyła mnie także wielu innych rzeczy, o których na studiach nikt mi nie mówił, choćby tego, jak handlować i negocjować by zarobić.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

6 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 3.

(jeśli nie czytałeś/aś poprzedniej części tego artykułu, zalecam jego przeczytanie od części pierwszej)

 

Zakochałem się w dziewczynie ze szkoły. Nie wiedziałem jednak, co to znaczy, a że nie byłem najlepszy w bezpośrednich kontaktach z ludźmi, a tym bardziej z płcią przeciwną, to brnąłem w to uczucie jak zahipnotyzowany. Ona nie wykazywała jednak zainteresowania a później po prostu mi to powiedziała (smuteczek…). 

 

Z braku wiedzy o uczuciach, o psychice ludzkiej, nie potrafiłem sobie z tym radzić. Nie wiedziałem, czemu przestała mnie cieszyć większość rzeczy a próby robienia tego na siłę nic nie pomagały. Pojawiły się problemy w nauce i kontaktach z rówieśnikami.

 

Trzymałem wszystko w sobie, ciężko mi było to analizować, czy mówić o tym. Jeszcze bardziej się przez to wyobcowałem, wyciszyłem, być może w oczach innych zrobiłem się inny, dziwny. Teraz zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie miałem niezłą depresję, która trwała nie wiadomo jak długo.

 

Pomimo dość ciężkiego okresu starałem się wtedy funkcjonować normalnie, jednak czym była wtedy normalność? Czym było wszystko i dlaczego? Zacząłem zadawać sobie wiele pytań. Inny stan bycia obudził we mnie wiele talentów, o których nie miałem pojęcia. Otaczający świat nie był już dla mnie tym samym miejscem, zacząłem go bardziej dostrzegać, obudziła się we mnie wrażliwość.

 

Wtedy odbyłem wędrówkę (jeśli tak to można nazwać) do wnętrza siebie, pragnąłem znaleźć odpowiedzi na wiele pytań, bardzo się wtedy uduchowiłem (nie ma to jednak związku z chodzeniem do Kościoła…) i zbudowałem sobie podstawy do dalszej egzystencji. Dzisiaj wiem, że to przeżycie było mi bardzo potrzebne, bez niego nie osiągnąłbym tego, co osiągnąłem. Nie wiedziałbym o pewnych rzeczach, które mają niesamowity wpływ na ludzkie życie, a wręcz mogą je kreować.

 

Tajemnice stanów świadomości, wiedza o działaniu ludzkiej psychiki czy zachowań zaczęły mnie interesować na tyle, że postanowiłem wybrać się na studia psychologiczne. Maturę zdałem jak się okazało tak sobie, chciałem studiować we Wrocławiu, ale nie miałem szans na dostanie się na wydział psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego. 

 

Jak zobaczyłem, z jakimi wynikami inni startują, zadałem sobie jedno pytanie – jak oni to zrobili? Nawet nie pomyślałem, że to możliwe. Powtórne zdawanie matury by zdobyć więcej punktów raczej nie wchodziło w grę. Wątpię, czy przygotowałbym się na tyle dobrze, żeby w ogóle myśleć o dostaniu się na UWr no i straciłbym rok. Rodzice dalej mieli pieniądze, więc poszedłem na prywatną uczelnię we Wrocławiu, na SWPS (aktualnie Uniwersytet SWPS).

 

Studia, 5 lat mojego życia, które minęły szybciej niż się spodziewałem, ponieważ wszystko nabrało tempa. Mamy rok 2018, mija 8 lat od ukończenia uczelni i mogę powiedzieć o tym czasie trzy rzeczy, które uważam, są warte spędzenia czasu w ten sposób. Jakby nie patrzeć, są to wnioski i wiedza warte kilkadziesiąt tysięcy zł, (studia i utrzymanie się we Wrocławiu tanie nie były), nie licząc 5 lat czasu. Kosmos! Wiedza ta może ci się przydać szczególnie jeśli dopiero wybierasz się na studia.

 

Pierwszą z nich jest nasycanie się wiedzą i intelektualny wpierdziel, co niejako ukształtowało mój mózg do znoszenia ogromnego obciążenia intelektualnego w przyszłości, wyrobiło we mnie odporność, również na niepowodzenia (jednym z nich był, np. egzamin z biologii). 

 

Drugą rzeczą jest udział w dodatkowych formach aktywności. Takich było na uczelni kilka, np. w postaci samorządu, czy kół naukowych. Zaangażowałem się w koło naukowe psychologii reklamy. Stworzyliśmy fajną ekipę i zrealizowaliśmy kilka ciekawych projektów, w tym dwie duże ogólnopolskie konferencje poświęcone psychologii reklamy, w których udział wzięło wielu polskich profesorów specjalizujących się w psychologii i reklamie, blogerów, czy przedsiębiorców. Dziękuję wszystkim za wspólnie spędzony czas.

 

Dzięki organizacji tych wydarzeń nauczyłem się bardzo dużo, ponieważ trzeba było zrobić wszystko od zera, łącznie z pozyskiwaniem pieniędzy od sponsorów oraz rozwiązaniem wielu “nierozwiązywalnych” problemów, takich jak załatwienie zasilania sprzętu audio do tramwaju na afterparty w sytuacji gdy jedyny przenośny generator prądu w mieście był niestety wypożyczony wraz z wibratorem głębinowym… Przynajmniej tak twierdziła Pani, z którą rozmawiałem telefonicznie.

 

Trzecia rzecz to znajomości. Gdybym to wiedział wcześniej… skupiłbym się bardziej na relacjach. Warto było jednak wydać te pieniądze, choćby ze względu na te trzy rzeczy, odporność, dodatkowe aktywności oraz znajomości, bo to właśnie na studiach poznałem Kamila, z którym rozkręciłem biznes z grami planszowymi. Zwróciło się już kilkukrotnie.

Jeśli chodzi o pozyskaną bezpośrednio na zajęciach wiedzę, nie mówię, że kilka rzeczy się nie przydało, ale żeby pozyskać taką wiedzę nie są potrzebne studia – wystarczy przeczytać kilkanaście najważniejszych książek z psychologii. Większość pozyskanej wiedzy niestety kompletnie rozminęła się z rzeczywistością. Nie wiem, może jakbym poszedł do pracy w korporacji to byłoby inaczej (choć tam pewnie na początku parzyłbym herbatę albo otwierał szlaban, a nie przygotowywał, np. system ocen pracowniczych), ale że musiałem na 4 roku wziąć wszystko w swoje ręce i założyć firmę, to niestety nie zrobiłem z niej większego użytku. Czasem sobie myślę, że lepiej by było nie iść na studia, założyć firmę a pieniądze, które zjadły studia przekazać odpowiedniemu mentorowi, dzięki któremu biznes by się szybciej rozwinął. Taka osoba jednocześnie przekazałaby dużo praktycznej wiedzy.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

5 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 2.

(jeśli nie czytałeś/aś poprzedniej części tego artykułu, zalecam jego przeczytanie od części pierwszej)

 

Pamiętam dzień, gdy ogłoszono, że nadchodzi reforma edukacji i mój rocznik jako pierwszy pójdzie do Gimnazjum na 3 lata po 6 latach szkoły podstawowej. To właśnie w tam poznałem kilku dzisiejszych przyjaciół. Konkretnej wiedzy stamtąd nie wyniosłem, może dlatego że nauczyciele byli trochę zagubieni w tym edukacyjnym misz-maszu. Generalnie było fajnie, pojawiały się pierwsze towarzyskie spotkania a nawet imprezy.

 

Był to też czas pierwszych eksperymentów biznesowych. Na lekcjach historii nasz nauczyciel miał taką zasadę, że w roku były dwa duże sprawdziany podsumowujące półrocze. Plus był taki, że można było sobie zrobić ściągę, jednak mogła to być maksymalnie jedna kartka A4 (zapisana z dwóch stron). No ale ile można tam wpisać, żeby się rozczytać, trzeba było mieć i tak farta żeby trafić w temat lub ogólne pojęcie o wszystkim. Ja jednak jako jeden z nielicznych miałem drukarkę. “Sprytnie” powiedział nauczyciel uśmiechając się pod nosem, patrząc na zadrukowaną kartkę czcionką o wielkości 4. Dzisiaj wiem, że skubaniec wiedział co robi, ponieważ robiąc tę cholerną ściągę kilka dni w zasadzie sam wszystkiego się nauczyłem.

 

Zaraz zaraz… pomyślałem. Mam drukarkę i komputer, jest popyt, bo nikomu nie chce się uczyć, będę więc robił i sprzedawał ściągi! Tak też robiłem, ucząc się przy okazji materiału. W ten sposób zawsze miałem na ekstra bułkę, paluszki, draże lub oranżadę w sklepiku szkolnym. 

 

Gimnazjum dobiegło końca, napisałem egzaminy końcowe i poszedłem dalej. Wybór był ograniczony – albo liceum ogólnokształcące albo profilowane. Co mi po ogólniaku, poszedłem do profilowanego na informatykę i zarządzanie informacją

 

Liceum. Co mnie w nim spotkało? Nowi ludzie, nowi nauczyciele, nowe wymagania, nowe w zasadzie wszystko, no może prócz większości wiedzy, która była powtórką z Gimnazjum. WTF? …pomyślałem sobie. Prawie wszystko od nowa

 

Dobra, nie mówię, że nie pojawiały się nowe wątki, ale tutaj bardzo zawiodłem się na systemie edukacji, który okazał się nijaki. Na profilowanych przedmiotach też nie nauczyłem się niczego nowego – prawie wszystko już wiedziałem, a nawet potrafiłem zrobić lepiej. W pamięć zapadły mi zajęcia z przedsiębiorczości, na których uczyliśmy się wypełniać formularze podatkowe (niestety…).

 

Jak zawsze, chętnie uprawiałem sport, miałem albo świetnych nauczycieli albo totalnie do niczego (takich, którzy przychodzili, rzucali piłkę na środek sali, mówili grajcie w siatę i szli na kawę, papierocha oraz pogaduchy do swojego pokoju). Był też pan Tomek, u którego miałem zaszczyt ćwiczyć. Był moim nauczycielem lekcji WF w szkole podstawowej, potem spotkaliśmy się ponownie w liceum. To był nauczyciel z prawdziwego zdarzenia, zawsze mega zaangażowany i wymagający.

 

To właśnie on zaszczepił we mnie miłość do sportu. Szczere i serdeczne dziękuję. Zmarł niestety kilka lat temu na raka. Tutaj pojawiło się kolejne WTF!? Lat miał około 40, miał trójkę dzieci, żonę i świeżo wybudowany dom. Nie potrafiłem tego pojąć, dlaczego taki człowiek jak on opuścił ten świat. Uświadomiło mi to dość dosadnie, że życie jest krótkie i trzeba je wykorzystać w 100%, cieszyć się z każdej chwili oraz nie tracić go na pierdoły. Choć nie zawsze tak się da, to dążę do tego i ciebie zachęcam do tego samego.

 

Powoli wchodziłem w dorosłość. Gdzieś tam za rogiem czaiła się matura i podjęcie decyzji co dalej. Tego niestety nie wiedziałem. W sumie nic dziwnego, nikt nie wiedział i nikt nas do tego nie przygotowywał. Było tylko straszenie, jak to będziemy mieli przesrane, bo się nie uczymy. Ok, to w sumie też działało, więc się uczyliśmy. 

 

Zaczynało brakować czasu po lekcjach, żeby ze wszystkim się wyrobić. Każdy nauczyciel oczywiście myślał, że jego przedmiot jest najważniejszy, ale już gdzieś miał, że tego czasu spędzonego na odrabianiu zadań domowych do późnych godzin wieczornych już nie odzyskamy. Nawet na granie w gry było już coraz mniej czasu lub nie było go wcale. Taka forma spędzania wolnego czasu zarówno dla rodziców, jak i dla nauczycieli była kompletną stratą czasu, a jakże. 

 

Dzisiaj powstają przeogromne firmy, które tworzą gry i zgarniają na tym kupę kasy. Ok, po prostu niezrozumienie aktualnych czasów i brak chęci podążania za trendami. Tak samo, jak dzisiaj się pewnie wielu osobom nie mieści w głowie, jak można zarobić grając w gry, czy vlogując na YouTube. Halo! Powstał nowy zawód – youtuber! …i wiele innych, z których nie zdajesz sobie sprawy i co więcej, wydają ci się śmieszne. System edukacyjny niestety jest zawsze do tyłu i nie ma się co dziwić, bo zanim tam coś zostanie wprowadzone, to już dawno ta nowość może być nieaktualna. Rozumiem to, ale też mam nadzieję, że w przyszłości coś zmieni się w tym temacie. 

To był ciekawy czas. Rodzice zarabiali dobre pieniądze w swojej firmie, w pewnym momencie spostrzegłem się, że mogę mieć w zasadzie wszystko, co było mi potrzebne. Przyklejono mi łatkę chłopaka z kasą. Miałem więcej fajnych rzeczy niż inni, wiele osób zazdrościło, w sumie nie dziwi mnie to. Ja natomiast czułem się z tym znakomicie, bo byłem – wiecie – lepszy. Przyszedł jednak rok 2003 i stało się coś dla mnie wtedy dziwnego, czego nie znałem i nie rozumiałem.

 

Koniec kolejnej części tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

4 – Level up! – Kraina doświadczenia, cz. 1.

Jeżeli nie wiesz, dokąd zmierzasz, prawdopodobnie wylądujesz gdzieś indziej – dr Laurence J. Peter

 

W tym rozdziale opowiem trochę o sobie. Po co będę mówił o sobie? Przyświecają temu dwa cele. Pierwszy, poznasz lepiej moją osobę,a moje przeżycia posłużą ci jako punkt odniesienia do twoich działań zarówno prywatnych jak i zawodowych. Będziesz mógł porównać, czy wyciągnąć wnioski oraz spróbować odpowiedzieć na pytanie, co może się stać w twoim życiu albo już się stało, że zostaniesz wydawcą lub autorem gier (albo jednym i drugim) lub przedsiębiorcą, który weźmie wszystko w swoje ręce.

 

Wydawnictwo Let’s Play swoją przygodę zaczęło od zera. Pierwszy wniosek – też możesz zacząć nie posiadając środków, maszyn, wiedzy czy nawet pomysłów na gry. W zasadzie wystarczy określenie celu oraz wysoka motywacja do działania.

 

Domyślam się, że wiele osób będzie zaczynać lub zaczynało z podobnego poziomu. Nie ma się co dziwić, większość nie ma na boku, np. 50 tys. zł na podstawowy rozwój firmy. Nie miałem i ja. Tak się jednak składa, że w czerwcu 2017 roku mija 8 rok działalności, więc jednak się da, choć nie zawsze było łatwo. 

 

Mówi się, że jak firma wytrzyma pierwszy rok na rynku to jej szanse na przetrwanie zwiększają się znacznie. Mówi się też, że po 5 latach działalności z reguły nie ma się już czego bać, choć uważam to stwierdzenie za trochę przesadzone, ponieważ pułapki czyhają na każdej drodze, którą będziemy chcieli iść. Od nas zależy, czy wcześniej je odkryjemy i przejdziemy, a jak już je poznamy, następnym razem pójdzie szybciej i łatwiej. 

 

O drugim celu powiem ci pod koniec tego rozdziału – to będzie taki mój ogólny wniosek dotyczący wpływu własnego doświadczenia życiowego na możliwości, które możemy osiągnąć w biznesie, także jako wydawca, jak i autor gier.

 

Przytoczę tutaj jedynie co ważniejsze wątki z mojego życia, które moim zdaniem są ważne z biznesowego punktu widzenia oraz które mogą stać się dla ciebie inspiracją.

 

Najpierw był wielki wybuch, potem powstała Ziemia i pojawiły się dinozaury, które zamieniły się w ropę. Następnie pojawili się Arabowie, sprzedali ropę i wykupili wszystkie Mercedesy. Był też rok 1986, w którym wybuchła elektrownia jądrowa w Czarnobylu i urodziłem się ja, żeby było zabawniej – 25 grudnia, w Sosnowcu.

 

Trochę mieszkaliśmy w Dąbrowie Górniczej, ale z powodu zanieczyszczonego powietrza przeprowadziliśmy się na wieś pod Wrocławiem. Miałem wtedy 6 lat.

 

Dzieciństwo bez komputera mijało znośnie, ale często nie wiedziałem, co by tu można było robić. Chodziłem więc na pobliskie boisko z kolegami grać w nogę, ganialiśmy się w berka na rowerach po całej wsi, bawiliśmy się w strzelanego, w chowanego, paliliśmy ogniska, zimą jeździliśmy na kuligach albo na łyżwach po drodze (takie zimy były, nie jeździły prawie żadne pługi, a na drogach był lód), wspinaliśmy się na wysokie drzewa i oczywiście budowaliśmy bazy. Dziewczyny pukały się w głowę, ale co one wiedzą… i tak w tym wieku te dziwne stworzenia nikogo nie interesowały. 

 

Były też gry planszowe. Magia i Miecz, Magiczny Miecz i dodatki do tych gier, czyli słynne, nieistniejące już wydawnictwo Sfera. Nie brakowało też Eurobiznesu i poznawania (jakby to nie brzmiało) pierwszych zasad ekonomii. Tak to się u mnie zaczęło.

 

W każdym razie zawsze trochę zazdrościłem ludziom z miasta, że mieli większe możliwości rozwoju, że w ogóle było więcej ludzi, ciekawych rzeczy i innych gier. Teraz jak na to patrzę z perspektywy czasu, to jestem przekonany, że miałem zajebiste dzieciństwo i dziękuję rodzicom, że to akurat w takim miejscu zamieszkaliśmy.

 

Dzieciaki z miasta nie miały szans na takie doświadczenia, jak ja. Przecież w mieście to jest/było nie do pomyślenia, że dzieciak wychodził z domu po obiedzie i wracał późnym wieczorem albo nawet w nocy. Nic się nikomu nigdy nie stało, wszyscy się przecież znali. Dobra, od czasu do czasu mieliśmy z kolegami głupie pomysły, ale kto ich nie miał.

 

Rodzice rozkręcali firmę, więc niejako mogłem co nieco podpatrzeć jak to funkcjonuje. Miałem już wtedy jakieś 14-15 lat. Szczerze nienawidziłem pisania faktur na komputerze (wtedy nie było programów do tego) i jakichś podliczeń z mamą, bo nie kumałem tego a zajmowało to czas, przecież mogłem w tym czasie grać w gry.

 

Marzył mi się dostęp do internetu. To były czasy pierwszych stałych łącz o przepustowości 10Kb/s oraz internetu na godziny – takie właśnie rozwiązanie u nas było możliwe! YAY! ^_^ Po minucie wsłuchiwania się w słodki dźwięk nawiązywania połączenia przez modem byłem online! Niestety ta przyjemność była dość droga i z zegarkiem w ręku miałem wyznaczone, ile dziennie mogę być w sieci. O stałym łączu mogłem dalej pomarzyć, nie było do tego odpowiedniej infrastruktury. 

 

W końcu jednak nadszedł piękny czas, gdy pojawiła się możliwość podpięcia stałego łącza drogą radiową a ja mogłem korzystać z internetu do woli. Przeglądałem tyle stron ile się dało, ściągałem co się dało (nieświadomie kradnąc wiele treści), grałem online w gry ile się dało. Wydaje mi się, że mogło to w jakiś sposób wpłynąć na decyzję o częściowym realizowaniu się w biznesie poświęconym grom.

 

Koniec części pierwszej tego artykułu. Kolejna już za tydzień!
Dziękuję za Twój czas, który przeznaczyłeś na lekturę tego artykułu.

1- Wstęp. Gry. Dla mnie pojęcie dość szerokie.

Odkąd zacząłem tutaj publikować, minęło kilka miesięcy. Pojawiło się kilka artykułów, ale wszystkie właśnie usunąłem. Coś poszło nie tak, ponieważ po kilku przestałem pisać kolejne. Postanowiłem więc rozpocząć jeszcze raz i w trochę innej formie, takiej jaką bardziej czuję.

 

Coś na początek…

 

Gry. Dla mnie jest to pojęcie dość szerokie. Widzę w nim nie tylko aplikację, grę komputerową czy planszową, ale także wiele odniesień do życia i biznesu. To właśnie z gier wyciągnąłem wiele ciekawych wniosków. Gry pozwoliły mi rozwinąć różne umiejętności, patrzeć na życie bardziej kreatywnie, przeżyć przygodę czy po prostu się odstresować i spędzić czas w ciszy ze sobą lub ze znajomymi. 

 

Żyjemy w czasach nieustannego rozwoju. To, co dawało dobre wyniki wczoraj, dziś może już nie działać tak, jak byśmy chcieli. Nawet jeśli widzisz efekty swoich działań, mogą być one pozorne. Przyrost informacji jest tak duży, że wiedza zgromadzona w ciągu ostatnich kilku lat jest większa niż ta, którą stworzono przez ostatnie kilkanaście tysięcy. 

 

Wiesz, co jest zmorą dzisiejszych czasów? Za duża ilość informacji. I możliwości. Ile razy zdarzało ci się mieć poczucie, że musisz odpocząć? Że jeśli tego nie zrobisz, Twoja głowa eksploduje? Ile razy miałeś dość swojej codziennej pracy, obowiązków związanych z rodziną i każdej jednej decyzji, która czeka na podjęcie? Ile razy czułeś się zmęczony prostym przeglądaniem Facebooka i Instagrama? To czas, żeby się zastanowić, jak dawkować sobie wszystkie informacje, by ich wykorzystywanie było efektywne.

 

Sam wiesz pewnie już, jaką potęgę ma informacja (teksty, liczby etc., dzięki którym zmniejsza się twoja niewiedza), a przede wszystkim dostęp do niej. Jeśli nie zdajesz sobie z tego sprawy, pomyśl przez chwilę, obudź w ten sposób swój mózg! Wyłącz choć na chwilę smartfona, Netflixa, czy YouTube’a i włącz myślenie.

 

Włącz tworzenie unikalnych treści lub inicjatyw, które mogą się przydać na coś innym ludziom. Nie stosuj się do powszechnie przyjętych zasad. Podobo pewien amerykański dramaturg i scenarzysta powiedział kiedyś, że gdyby Michał Anioł zastosował się do ówczesnych rad, to pomalowałby w Kaplicy Sykstyńskiej podłogę, a jego dzieło szybko znikłoby na zawsze zadeptane stopami ludzi zapatrzonych w dół w poszukiwaniu pewności i bezpieczeństwa, zamiast w górę w poszukiwaniu wyzwań przyszłości. 

 

Przekłada się to na moje motto kreatywności, tj. patrz zawsze w górę, patrz zawsze dalej niż inni, szukaj tego, czego jeszcze nikt nie znalazł. Tylko wtedy, gdy złamiesz schemat, pomyślisz inaczej niż inni, zrobisz krok naprzód! A nawet jeśli upadniesz, to przynajmniej upadniesz do przodu. Nie do tyłu – choć i z takich sytuacji da się wyjść silniejszym. 

 

Może się też oczywiście zdarzyć, że upadniesz nie tylko do tyłu, a do tego w dół – ale hej! Jak już będziesz leżał w tym dole, pogrzeb ręką w ziemi, to może znajdziesz zbroję i jakieś narzędzia. Pogrzeb drugą, a znajdziesz patyki i deskę, z których zrobisz drabinę. W ten sposób otrzymasz +10 do wyjścia z dołu oraz +50 punktów doświadczenia i będziesz mógł iść dalej, w zbroi 😉

 

Będziesz mógł grać w swoją grę, aż nie napotkasz kolejnej przeszkody. A trochę ich w życiu doświadczysz, nieważne czy tego chcesz czy nie. Jeśli twoja gra się nie zawiesi, będziesz mógł ją zakończyć o wiele szybciej niż myślisz. Do tego jednak potrzebne są: obrany cel i odpowiednia wiedza, do której często trzeba się dokopać. Zresztą, prawie w każdej grze trzeba najpierw zdobyć surowce, żeby coś sensownego dało się z nich zbudować, zgodzisz się ze mną prawda? No dobra, w niektórych grach nie trzeba zbierać surowców, ale wiesz, o co mi chodzi…

 

Nazywam się Mateusz Pronobis i wskutek różnych przeżyć zacząłem odkrywać świat na nowo. Zacząłem go dostrzegać nawet w najmniejszych detalach, które łącząc się, tworzą swoisty system, który zawsze może działać lepiej. Zapisuję więc codzienne przemyślenia, staram się wyłapywać z otoczenia ciekawe informacje, by na ich podstawie ulepszać swoje życie.

 

Nie jestem Alfą. Nie jestem Omegą. Nie posiadam całej wiedzy świata. Czasem wręcz czuję się głupi i ułomny. Zebrałem jednak już trochę doświadczenia, którym mogę się z tobą podzielić.

 

Samo pisanie bloga traktuję jak grę, gdzie pokonuję kolejne etapy, zbieram punkty doświadczenia by na końcu zmierzyć się z bossem – jeszcze nie wiem jakim 🙂 Jeśli urodziłeś się w latach 80-tych, zapewne pamiętasz gry typu “zawsze w prawo”, gdzie na końcu każdego etapu trzeba było pokonać coraz to trudniejszego przeciwnika.

 

Dzisiaj takie gry mamy na smartfonach. Dość proste i zapewniające podstawową rozrywkę. Dobrze, że idziemy do przodu i żyjemy w czasach, gdzie można zrobić “save”, czyli zapis gry aktualnych dokonań w łatwy sposób.

 

Gdy grałem kiedyś na konsoli typu Pegasus na duże dyskietki w obudowach z żółtego plastiku podłączonej do 21” telewizora w grę “Dizzy”, nie można było zapisać gry. To była taka gra, gdzie chodziło się jajkiem z nóżkami i oczkami we wszystkich kierunkach. Grało się tak długo, aż nie osiągnęło się mistrzostwa w każdym kolejnym etapie (tzn. po utracie życia zaczynało się grę zupełnie od nowa).

 

Niestety po kilkugodzinnej rozgrywce rodzice chcieli obejrzeć wiadomości, więc użyczyłem telewizora. Po 15 minutach powróciłem lecz gra uległa zawieszeniu i cały trud poszedł na marne, a konsola zakończyła swój żywot. Wbiłem w nią śrubokręt, który leżał na półce obok. Można powiedzieć, że ukończyłem grę, która jednocześnie była wstępem do kolejnego poziomu.

 

Dzięki grom nauczyłem się trochę języka angielskiego. Wtedy większość gier była dostępna tylko w tym języku. Musiałem próbować każdej opcji w menu, bo nie wiedziałem o co chodzi, ale wiedziałem, że chciałem zagrać.

 

O czym będę pisał? Czego możesz się spodziewać? Nie znajdziesz tu poradnika, jak krok po kroku stworzyć grę planszową, a tym bardziej komputerową. Dlaczego? Po pierwsze, na rynku jest wiele książek, czy artykułów, które w bardzo prosty sposób opisują tworzenie gier tradycyjnych (karcianych lub planszowych), a także komputerowych. Ponadto nie jest problemem znaleźć kilku autorów gier i z nimi porozmawiać. 

 

Po drugie, chcę pokazać moim zdaniem ważniejszą stronę zagadnienia – stronę biznesową, która stanowi fundamenty pod wydanie gry i zarabianie na niej. Na swoim przykładzie pokażę, na jakie pytania będziesz musiał sobie odpowiedzieć, co robić, a czego lepiej nie ruszać na danym etapie rozwoju firmy. Wszystko tutaj wynika z mojego doświadczenia – człowieka, który zapragnął mieć firmę by zrobić coś fajnego, by móc wydawać gry. Łatwo nie jest i nie będzie

 

Będę poruszał się głównie w tematyce biznesowej, związanej z rynkiem wydawniczym gier karcianych i planszowych. Takimi właśnie grami zajmuję się w wydawnictwie LET’S PLAY, które założyłem wraz Kamilem Matuszakiem (game designerem) w 2009 roku. Wydaliśmy kilka gier, niektóre sprzedawały się bardzo dobrze, inne bardzo źle. Dlaczego tak i jakie to gry, dowiesz się pewnie w kolejnych artykułach.

 

Blog tutaj to dobra okazja do pokazania, z jakimi problemami zmagałem się podczas tworzenia i prowadzenia firmy oraz płynących z nich wniosków. Być może moje artykuły pomogą młodym wydawcom, którzy zaczynają swoją przygodę w biznesie, jak i twórcom gier, którzy nie mają pojęcia, co zrobić ze swoim pomysłem na grę, która ląduje w szufladzie lub jest już od “15 lat” udoskonalana ale jeszcze nie wydana. Pomoże także innym osobom, które planują otworzyć jakiś biznes, swoją własną firmę.

 

Nie zawsze bywało łatwo, a nawet powiem, że częściej było pod górkę niż z górki. To właśnie takie doświadczenia i płynąca z nich wiedza być może pomogą ci zaoszczędzić masę czasu.

 

Dziękuję za lekturę 🙂