Prototype cosmos astronaut

Jak przygotować prototyp gry pod wydawcę.

Mam dla wszystkich autorów gier planszowych kilka wskazówek odnośnie tematu tego artykułu. Zdaję sobie sprawę, że to w zasadzie temat rzeka, dlatego liczę na wasze komentarze i pomysły, które przeanalizuję i potem może sklei się z tego jakiś konkretny skrypt 🙂

Masz pomysł na grę a nawet prototyp, co dalej?

To, że masz pomysł na grę, wcale nie oznacza, że masz grę. To, że masz grę (prototyp), w którą można grać, wcale nie oznacza, że ktoś się nią zainteresuje. Niby czemu miałby się nią zainteresować? Dlatego, że jest np. o wojnie jakiejś tam i jest wspaniała, ma dużo fajnych elementów (albo będzie mieć) i w ogóle jest cud miód i orzeszki? Nie.

Autorów gier planszowych, wbrew pozorom, jest na rynku polskim całkiem sporo. O wielu nic się nie słyszy, ponieważ pracują w dużej firmie wydawniczej i po prostu tworzą gry. Robią to w ramach etatu u swojego pracodawcy. Twórców gier jest wystarczająco, by dostarczać aktualnie do wydawnictw kilkadziesiąt tytułów rocznie. Pracują zamknięci w wieży nad swoją świetną grą, aż w końcu przychodzą z nią do wydawcy, jakby mieli w ręku Święty Granat Ręczny z Antiochii i mówią:

”Najpierw wyjmiesz świętą zawleczkę, potem policzysz do trzech, ani mniej, ani więcej. Trzy jest liczbą, do której policzysz, a liczbą twojego liczenia będzie trzy. Nie policzysz do czterech ani do dwóch, chyba że w czasie liczenia do trzech. Pięć jest wykluczone. Gdy doliczysz do trzech, które będzie trzecią liczbą z kolei, rzucisz Świętym Granatem Ręcznym z Antiochii we wroga swego, którego trafi szlag.” (fragment z filmu Monty Pythona).

Dlaczego nie zawsze dostajesz od razu odpowiedź od wydawcy.

Trafia i szlag samego wydawcę, bo choć serduszko ma dobre i chciałby we wszystko zagrać, to często nie ma na to czasu, bo akurat domyka kampanię sprzedażową, wysyła pliki do drukarni 2 innych gier, grafik mu zachorował, a miał zrobić poprawki na wczoraj, bo druk rusza przedwczoraj, a do tego żona patrzy na niego TYM wzrokiem, bo znowu przyszedł późno z pracy, w której nic nie robił tylko “grał” 😉 Może też być tak, że w kolejce czeka już 12 innych tytułów a wydawcnitwo nie ma na tyle mocy przerobowych, by ktoś zajął się tylko przeglądaniem prototypów.

Żebyś mnie źle nie zrozumiał. Nie trafia go szlag dlatego, że przyniosłeś/przysłałeś do niego prototyp. On się cieszy tam głęboko w środku. Bardziej trafia go szlag, że w amoku wszystkiego nie może mu się na spokojnie przyjrzeć. Ciekawostka. Niedawno dostałem prototyp gry i zagrałem kilka razy w niego tylko dlatego, że miałem urlop. Drodzy autorzy, łapcie wydawców, jak mają urlop!

Trzeba popracować nad efektem „wow!”

A tak na poważnie warto się po prostu do tego dobrze przygotować. Mało jest bardzo fajnie przygotowanych prototypów gry. Takich wiecie, że patrzysz na to i mówisz “wow”, bo np. elementy są zrobione z dużą starannością wraz z kolorowymi nadrukami wysokiej jakości. Niestety w tym momencie często może nas nawiedzić nasz wewnętrzny Janusz, który zabroni ci wydawać na prototyp więcej niż 50 zł.

Przygotowanie dobrej jakości prototypu na tekturze litej z dodatkowymi drewnianymi lub plastikowymi elementami może kosztować nawet i 200 zł, nie wspominając już o dużej ilości czasu na jego wykonanie. Jeden z moich kolegów autorów, który zjawił się na ostatnim Pyrkonie ze swoim prototypem gry, tyle właśnie wydał na jedną kopię, ale to wyglądało, jak profesjonalna produkcja! Wprawne oko wydawcy mogło dostrzec co prawda różnicę, ale zwykły gracz raczej nie. A teraz najlepsze, zrobił kilka kopii.

Dlaczego warto zrobić kilka kopii?

Po pierwsze zrewidujesz przez to, czy gra rzeczywiście jest gotowa na ten etap. Wewnętrzne poczucie zgodności czasem nie idzie w parze z realnymi kosztami wykonania kilku prototypów. Czemu kilka? Polujesz na wydawcę, a ich jest więcej niż kilku na rynku. Wybierasz więc kilku, umawiasz się z nimi i przekazujesz jeden prototyp na własność. Fajny gest, na pewno wybijesz się z tłumu i najważniejsze – gra będzie stać na półce w biurze wydawcy i codziennie mu o sobie przypominać, nawet nieświadomie.

Częściej jednak stosowaną metodą jest przygotowanie jednego prototypu i w pełni to rozumiem, bo chodzi o koszta. Nie każdego stać, aby sobie ot, tak zainwestować 1000-1500 zł w kilka prototypów. Minus jest taki, że zanim objedzie kilka wydawnictw, to pierwsze z nich o nim zapomni, a ostatnie może powiedzieć, że nie jest zainteresowane.

Robocza nazwa dla gry

Postaraj się także przygotować jak najlepszą nazwę dla swojej gry, która nie powinna być długa. Powinna być za to chwytliwa. Trudna to jednak sztuka, ponieważ zależy ona często od wielu czynników, łącznie z tym, czy aby czasem nie było już gry o takim tytule. Nie martw się jednak, ponieważ wydawca odpowiednio to skoryguje w porozumieniu z tobą. Sednem jednak dobrej nazwy jest pierwsze wrażenie. Tyczy się ono także wydawcy. Traktuj wydawcę jak potencjalnego klienta. Jeśli nie znasz się na namingu to znajdź jedną lub dwie książki na ten temat i spróbuj dowiedzieć się czegoś więcej.

Zajrzyj na BGG i sprawdź, jakie są najbardziej popularne tytuły, a co za tym idzie najbardziej popularne mechaniki i klimat. Sam nie do końca patrzę na to, co jest najbardziej hot, bo hot to może być dog na stacji benzynowej. Bardziej interesuje mnie, ile ludzi posiada w swojej kolekcji dany tytuł. To jest prawdziwa siła, bo tylu ludzi tak naprawdę kupiło grę X, a tyle grę Y. KUPIŁO! Są jej właścicielami. To moim zdaniem o wiele ważniejszy wyznacznik. Wiele ludzi zachwyca się niektórymi tytułami, ale ich nie kupują. Odwieczne pytanie wydawców, dlaczego???

Nie bądź byle kim! Pokaż się!

Zrób wizytówkę i ulotkę a najlepiej też stronę internetową swojej gry. To kij, że nie wydana. To kij, że jeszcze nie ma dobrych grafik (skorzystaj na razie z jakichś assetów z sieci). Jak na razie nie dostałem od żadnego autora wizytówki. Ulotkę dostałem raz, co zrobiło na mnie niemałe wrażenie. Ze stroną internetową w zasadzie też nigdy się nie spotkałem, a nie oszukujmy się. W dzisiejszych czasach postawienie strony choćby na WordPressie jest banalnie proste. Jedyne koszty to domena i serwer, ale i tu da się znaleźć ultra tanie rozwiązania.

A może jakieś gadżety reklamowe? Pomysłów jest masa, nie są drogie, a dadzą do zrozumienia wydawcy, że nie ma do czynienia z byle kim. Daj długopis z nazwą gry albo kubek na herbatę. TO NIE SĄ DROGIE RZECZY! To działa bardziej podświadomie niż świadomie. Ludzie lubią gadżety i nawet jeśli mają je gdzieś, bo ważniejsza jest bieżąca robota, to uwierz mi, działają.

Możesz próbować robić to bezkosztowo, nie mówię, że tak się nie da. Ta droga jednak będzie dłuższa i wtopisz się w rzeszę autorów, którzy robią tak samo. Szansa na przebicie się jest mniejsza. Wychodzę z założenia, że warto odłożyć trochę kasy i zainwestować w promocję siebie i swojej gry.

Przypomnienie o ważnej zasadzie.

ZASADA CZYSTEJ EKSPOZYCJI – bardzo ważna i często zaniedbywana a polegająca na tym, że im częściej jesteś widoczny (np. poprzez gadżety) tym ludź lub ludzie bardziej cię lubią. Podobnie jest z chwaleniem się. Jeśli robisz to często, ludzie cię widzą, a jak cię widzą to zgarniasz więcej lajków. Proste. Podobno najlepszą metodą sprzedaży jest chociaż raz dziennie pochwalić się tym, co robisz. Narzędzi do tego mamy pod ręką kika, choćby Facebook, czy Instagram.

Lego toy bang rocket.

Aby wygrać, trzeba grać.

Aby wygrać, trzeba grać…

…słyszałem niejednokrotnie w reklamie Lotto. Zgadzam się z tym w pełni, ale niekoniecznie wtedy, jeśli prawdopodobieństwo trafienia “szóstki” jest mniejsze niż to, że trafi cię piorun. Dla mnie osobiście trzeba grać, ale w gry karciane i planszowe. Duża ilość czasu poświęcona na rozgrywki rozwija wiele naszych talentów i co ważniejsze, daje coraz więcej doświadczenia.

Doświadczenie.

Doświadczenie wyrabia nawyki, kształtuje nowe umiejętności i po paru latach okazuje się, że ludzie zaczynają się ciebie pytać, co i jak. Wcale mnie to nie dziwi. Kiedyś myślałem, że każdy jest takim pracoholikiem, jak ja, rozwija się, realizuje projekty etc. Otóż nie. Większość ludzi ma wywalone, niespecjalnie planują swoją przyszłość, żyją dla ilości lajków, serduszek, share’ów etc. nie dając w zamian nic szczególnego.

Jest to jakiś sposób na życie, ale zupełnie inny od mojego podejścia. Niedawno czytałem kilka artykułów o instagramowych gwiazdach, które były wizerunkowo idealne, ale poza tym, no cóż… ich życie było, krótko mówiąc, nieszczęśliwe. Najgorsze były te historie, w których insta mamy wykorzystywały swoje dzieci do zdobycia kolejnych serduszek, a same zapominały, aby dać swoim pociechom choć trochę serca i uwagi… ale wróćmy do tematu.

Praca i osiągnięcia.

Myślałem też, że wszystko uda mi się ogarnąć i wszystkiego nauczyć. Nie jest jednak tak łatwo. By się czegoś dowiedzieć i nie było tego w Googlu, musiałem szukać mądrzejszych ode mnie, a jeśli ich nie znalazłem, to popełniałem błędy, które czasem dużo mnie kosztowały. Nie raz doświadczałem momentów zwątpienia przeplatanych z momentami szczęścia i motywacji. Codzienna praca potrafi stać się monotonna i zaczynasz zapominać o swoich osiągnięciach.

Chwile szczęścia.

Negatywny ładunek emocjonalny bardziej zapada w pamięć niż pozytywny dlatego warto kolekcjonować chwile szczęścia, by móc je sobie przypomnieć. Od czasu do czasu zaglądam sobie do zdjęć z konwentów, na których byłem. Od niedawna staram się montować jakieś filmy. Choć totalnie się na tym nie znam i nie mam odpowiedniego sprzętu, to kilka już powstało. Puszczam więc sobie taki filmik i fajne wspomnienia wracają 🙂

Innym razem, jak tylko jest okazja rzecz jasna, chwalę się komuś, co udało się osiągnąć. Najlepiej, jeśli ta osoba jest spoza branży. Mam wtedy do czynienia z dużym “wow” a jak jeszcze pokażę kilka zdjęć, filmów z konwentów, czy trailerów gier, to… no co tu dużo mówić, nic tak nie podnosi na duchu i nie zwiększa motywacji, niż pochwalenie się swoimi efektami zainteresowanej osobie.

Motywacja zjawiskiem ulotnym.

Motywacja jest zależna od wielu czynników. Jednego może motywować temat, innego ludzie a jeszcze innego hajs. Gdy kasa się zgadza, jest łatwiej, ale nawet wtedy z motywacją może być różnie, bo nagle odkrywasz, że to nie o hajs chodzi a o coś więcej… Jak mówiła moja koleżanka na studiach, lepiej się płacze w Ferrari niż w Tico. Coś w tym jest, no nie ma co ukrywać.

Z kasą jest łatwiej, bo możesz sobie pozwolić na pewien okres odpoczynku, oderwania się, poukładania sobie życia i zaległych spraw. Wyobraź sobie, że rzucasz pracę i rok spędzasz na przemyśleniach i regeneracji 😀 Taki żarcik. A może nie… bo dobrze wiem, że większość osób, które znam, nie może sobie na takie coś pozwolić głównie z powodów finansowych. Witamy w wyścigu szczurów. No nie tak to powinno wyglądać.

Zdrowie jest jedno.

A co jeśli siądzie ci zdrowie? Motywacja nie zawsze zależy od ludzi, projektu, czy pieniędzy, czasem po prostu zależy od zdrowia. Gdy jesteś wypoczęty i zdrowy to chce się żyć i pracować. Zakładając, że nic poważniejszego ci nie dolega i nie masz motywacji do niczego, może po prostu w twoim organizmie jest coś nie tak. Oczywiście jest to duże uogólnienie, jednak warto się przebadać wzdłuż i wszerz a jak wszystko wyjdzie ok, to może jest to problem, który ma podłoże psychiczne? Nie zdziw się jeśli tak będzie.

Może tak być, ponieważ żyjemy w czasach nieustannej gonitwy za pieniędzmi i karierą. Przyjmujemy na swój łeb zajebiście dużo stresu, często nieuświadomionego, a jeśli myślisz, że ciebie to nie dotyczy, obudź się! …bo dotyczy. Kilka lat wytężonej pracy umysłowej, do tego życiowa odpowiedzialność finansowa (kredyty etc.) oraz wszystko, co po prostu jest w jakiś sposób nie tak, jak powinno być, po prostu powoli cię wyniszcza.

Czy wiesz, że każdy spłaca leasing?

No, chyba że o siebie dbasz. Regularne badania, zdrowe odżywianie, sport, zdrowe relacje, unikanie stresu… heh, ale taki zdrowy tryb życia często kosztuje więcej nie tylko pieniędzy, ale i czasu. Wreszcie, by cieszyć się rozgrywką w nasze ukochane gry planszowe, ważne jest też dobre samopoczucie. Zdrowie jest ważne, zapamiętaj to. Ty jesteś ważny. Na swoje ciało masz leasing do końca życia.

To o czym piszę, może wydawać się kolejnym pierdzieleniem o szopenie. Pisze jednak ze swojego doświadczenia i wiem, że warto o siebie zadbać, bo inaczej się wypalisz. Nie jest to nic fajnego. Siada ci motywacja i organizm chce odpocząć. Nie 2 dni, nie 5… to nic nie da albo będzie bardzo krótkoterminowe. Nie wiem, czy wiesz ale odpowiednia regeneracja po kilku zarwanych nocach może trwać nawet kilka miesięcy. Po kilku latach orki nie zdziw się, jak organizm będzie potrzebował roku lub dwóch na odpoczynek, uzupełnienie wszystkich witamin i minerałów, uspokojenie umysłu etc.

Efektywne działanie a głupota.

Aktualnie dość często bawi mnie jak niektórzy znajomi chwalą się ile to nie pracują, ile nocek nie zarwali czy ile są na nogach. Nie jestem święty, bo sam tak czasem robię przy okazji jakichś targów czy konwentów, ale wtedy inaczej się nie bardzo da (tzn. da się, można zatrudnić więcej ludzi, ale to kosztuje więcej pieniędzy). Jeszcze jakiś czas temu pracowałem dużo nieustannie. Jest to jednak kurde głupie. Z punktu widzenia naszej efektywności i zdrowia naprawdę jest to głupie.

Za głupie uważałem też drzemkę w pracy… drzemkę a w zasadzie kilkunastominutowy odpoczynek z zamkniętymi oczami w ciszy (jeśli to możliwe). Wyczytałem, że naukowcy z NASA przeprowadzili badania, których efektem jest, że 23 min drzemki może poprawić zdolności koncentracji o bodajże 34% (już nie pamiętam dokładnie). Za to dokładnie tak jest, spróbuj, ja byłem w szoku. Staram się odpocząć z reguły w godzinach 16-17, ponieważ wg innej książki o spaniu jest to jedno z okienek w ciągu dnia, gdzie organizm naturalnie domaga się odpoczynku. Innym takim okienkiem jest 12-13, jednak to wszystko przy założeniu, że wstajemy, np. o 7:30.

Zrelaksuję się przy grze.

Gry to relaks mówili, ale tylko jeśli nie masz na głowie “300” innych spraw. Ja czasami nie potrafię się skupić na rozgrywce. Dlaczego tak jest? WHY?! Gra musi mi bardzo przypaść do gustu, żeby mnie pochłonęła. Zdarza się, że gram tylko dlatego, żeby pomacać sobie niektóre elementy i zobaczyć, jak są wykonane (zboczenie wydawcy). Także dlatego by poobserwować zachowania innych graczy (zboczenie psychologa). Często po prostu nie mam czasu grać. Brzmi, jak słabe wytłumaczenie, ale rzeczywiście tak jest. Pracuję jednak nad tym, by to zmienić oraz by rozgrywka rzeczywiście była relaksem, oderwaniem się od pracy (czasem myślę, że to niemożliwe…).

Dziękuję za poświęcony czas. Obserwuj mnie, polub, zostaw lajka i udostępnij. Będzie mi miło z tego powodu 🙂 Jeśli chcesz zostawić komentarz, będę wdzięczny. Pozwoli to dostosowywać treści do zapotrzebowań czytelników 🙂

 

Podobało się?

Nie zapomnij przeczytać innych moich artykułów, m.in.:

Punch today in the face.

Właśnie wymyśliłem kolejne Monopoly!

Łatwo nie będzie.

Pierwszy akapit piszę jako ostatni, ponieważ po ponownym zapoznaniu się z tym artykułem stwierdziłem, że muszę cię ostrzec przed dalszym jego czytaniem. Szczególnie wtedy, gdy jesteś twórcą gier, artystą, który ma swój pomysł na grę oraz go realizuje. Nie będzie łatwo, będzie trudno. Takie życie. True story.

Ja rozumiem, że najbliżsi uważają, że twoja gra będzie hitem. Rozumiem twoje napalenie i wyobrażenie świetlanej przyszłości. W końcu wreszcie skończą się wszystkie problemy finansowe. Nie, twoja gra nie będzie kolejnym Monopoly i jest duża szansa, że nie zarobi milionów. Wybacz, ale muszę wylać na twój łeb kubeł zimnej wody.

Wydać grę.

Wydanie gry to masa pracy wymagająca wiedzy, o większości, której prawdopodobnie nie masz pojęcia. Spokojnie, ja też o wszystkim nie wiem i często jestem zaskoczony pewnym aspektami pracy wydawniczej. Cudownie byłoby, gdyby na wydaniu jedynie się skończyło.

Masz pomysł na grę, realizujesz go, idziesz do drukarni, kładziesz na stół 50.000 zł i za 4 tygodnie odbierasz grę na kilku paletach. Gratulacje. Wydałeś grę. Właśnie zarobiłeś w dużo pieniędzy… no nie, jednak nie. Jak na razie to zainwestowałeś dość niepewnie dużo pieniędzy.

Światełko w tunelu.

Brawa należą się oczywiście za doprowadzenie projektu do momentu ujrzenia przez niego światła dziennego. Tak naprawdę już odwaliłeś kawał dobrej roboty. Serio. Jesteś lata świetlne dalej niż inni autorzy, którzy dłubią swoją grę od paru lat, ale nie mogą jej wydać, bo zbyt często poświęcają czas na jej dopieszczanie. A później budzą się po kilkunastu latach i żałują, że nie podjęli ryzyka, wydając swoją grę.

Szaleństwo!

Ryzyko jest jednak szalone. Można być tego pewnym i w sumie to się nie dziwię, że ludzie go nie podejmują. Tylko szaleni je podejmują. Czy także, jak ja jesteś szaleńcem? 😉 Później jednak piją szampana albo śpią pod mostem. Rozumiem też, że może cię to kompletnie nie interesować, w sensie że nie czujesz tego. Ok, ludzie są różni. Znam i wydawców i autorów gier, widzę te różnice, które nie zawsze polegają na posiadanej wiedzy, czy większych cohones.

Możesz pójść do jakiegoś wydawcy. Nie musisz przecież sam wykładać kasy, może zrobić to ktoś inny. Przy odrobinie szczęścia twój pomysł na grę tak bardzo się spodoba, że postanowią ją wydać. Jak pokazuje doświadczenie moich znajomych wydawców, 90% gier, które do nich trafiają do wydania, nie nadaje się do wydania! Niestety twórcy gier to często artyści, którzy tak mocno zagłębiają się w swój świat, że zapominają o innych ważnych aspektach albo… ALBO BRAKUJE IM WIEDZY.

Nie sprawdzą, nie zapytają, nie spróbują nawet zrozumieć, że pewnych np. elementów nie opłaca się produkować, bo są za drogie albo jest ich za dużo. No ale ok, od tego też jest wydawca, żeby to ogarnąć. Czasem bawi mnie, jak trafia do nas prototyp gry z adnotacją, że w grze absolutnie nie można NIC zmieniać. Proszę… tak ładnie proszę…

Reklama dźwignią handlu.

Wracając do wydawcy, który zdecydował się wydać twoją grę. Pytanie, jak bardzo będą chcieli cisnąć jej marketing, a więc ile pieniędzy wydać na jej promocję, idąc dalej… ile dodatkowo STRACIĆ pieniędzy w imię niepewnego zysku. Z reguły jest to duża inwestycja, z której nawet nie zdajesz sobie sprawy. Nie tylko kasa wydana na produkcję, ale także na marketing, jakikolwiek by nie był. Nie wspomnę już o czasie, którego nie da się odzyskać a czas to pieniądz. Ryzyko jak cholera! A pomyślałeś może, ile wyłożyć na marketing bezinteresownie z własnej kieszeni? Założę się, że nie (haha).

Przy kolejnej odrobinie szczęścia gra zacznie się fajnie sprzedawać i dobra twoja, dostaniesz 3-10% od wyniku sprzedażowego netto (z reguły raczej nie więcej; zależy od wielu czynników). To łatwiejsza droga, która przyniesie dobre pieniądze, gdy gra zacznie się sprzedawać w tysiącach, a następnie w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy rocznie, nie tylko w Polsce. Naprawdę super coś wymyślić, nie ponieść zbyt dużego lub żadnego ryzyka finansowego i zgarnąć fajną kasę. Każdy chyba by tak chciał 🙂 Prawie pasywny zarobek 🙂 Nie ukrywam, że również do takiego dążę. W pełni pasywnego nie uznaję, bo zawsze trzeba odwalić jakąś robotę.

Ja chcę sam!

Możesz jednak wybrać trudniejszą drogę, z większym ryzykiem finansowym i wydać grę własnym sumptem. To ile dzięki takiemu rozwiązaniu zarobisz, będzie w zasadzie zależeć tylko od ciebie. Na pewno przy małych nakładach zarobisz więcej niż z udzielenia licencji. Dużo więcej, a jak zaczniesz sprzedawać na cały świat kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy rocznie, to mogą nawet pojawić się wspomniane miliony. Serio. Obrotu. Wyobrażasz sobie swój pierwszy milion? Wtedy pojawia się Kapitan Obrót i mówi, że ⅓ to podatki a ⅔ to koszty. Ekhm… a bo coś się pomyliłeś w obliczeniach…

Problem w tym, że ta droga wymaga cholernie dużo pracy. Możesz stracić przez nią zdrowie, związek, pieniądze i Bóg wie co jeszcze… a no i na pewno znajdą się hejterzy, którzy obleją cię gó#&$@. Gdzieś usłyszałem, że trzeba przekopać się przez gó#&$@ by dokopać się do cukierków. Coś w tym jest. Same cukierki nazwijmy kasą i uznaniem. Reszta to doświadczenie, którego nie da ci udzielenie licencji. Pytanie, czy warto? Sam musisz sobie na to odpowiedzieć. Moim zdaniem warto, szczególnie wtedy, gdy jesteś młody/młoda i nie masz nic do stracenia oraz nie masz problemów w życiu lub myślisz, że je masz.

Życzliwość.

Hejterzy jednak z czasem topią się we własnym gó#&$@ i zostają ci, którzy cię wspierają. Okazuje się, że w żadnej dotąd branży, w której pracowałem, nie spotkałem się z tak życzliwym podejściem, jak w branży gier planszowych. Naprawdę! Spotkałem masę ludzi, którzy gratulowali mi projektów gier, zaangażowania i cieszyli się razem ze mną. Nierzadko takie osoby, często z branży, a więc mające większą ilość doświadczenia bez problemu doradzały mi w różnych kwestiach.

Dzięki nim ulepszony został marketing czy sprzedaż (ogólnie mówiąc). Z wieloma osobami, które poznałem na konwentach, spotkaniach biznesowych, czy podczas rozgrywek mam kontakt do dzisiaj. Czasem śmieję się, że mam mnóstwo znajomych tylko większość mieszka poza Wrocławiem :p Niestety poza targami ciężko z nimi wszystkimi się spotkać. Konwenty/targi łączą ludzi, oni tam wszyscy są, jest fajnie. To co, że nie mają czasu, bo pracują albo grają, po prostu tam są i zawsze powiedzą, chociażby CZEŚĆ 🙂 Dziękuję Wam za to! ^_^

 

Podobało się?

Nie zapomnij przeczytać innych moich artykułów, m.in.:

Group of different peoples on dangerous zone. Photo by Micaela Parente (@Unsplash)

Jak wydać grę planszową od zera bez pieniędzy?

Jak wydać grę planszową od zera bez pieniędzy?

To pytanie zadaje sobie wiele osób, które mają pomysł na grę. Niestety muszę Cię zmartwić. NIE DA SIĘ. Postawmy rzeczy, jak się mają. Nie da się wydać gry bez pieniędzy, które zawsze są potrzebne, często niemałe. Skoro tak, spójrzmy na temat z innej strony.

Rozgraniczmy o jakie pieniądze chodzi. Twoje, czy kogoś? Jeśli myślimy o zaaranżowaniu w projekt środków osób trzecich, to faktem staje się, że niekoniecznie potrzebujesz własnych pieniędzy.

Warto nabyć w tym temacie doświadczenia, nawet jeśli będzie to oznaczało utratę ich części. Sytuacje, w których występują nieprzewidziane koszty zawsze traktuję jako inwestycję we własne doświadczenie, następnie staram się je przekuć w zysk. Zawsze o tym myślę.

Zawsze po drodze coś pójdzie nie po Twojej myśli. Serio. Skoro uzyskałeś na wydanie gry, np. 20 tys. zł (od inwestora, z crowdfundingu etc.) i twoje kalkulacje w oparciu o wyceny z drukarni opiewają również na taką sumę to pamiętaj, że zawsze wystąpią nieprzewidziane koszty. Nie wspomnę już o kosztach stałych prowadzenia firmy, co jest drugą stroną medalu.

Własna firma?

Jeśli chcesz prowadzić regularną sprzedaż swojej gry, w rozumieniu polskiego prawa, musisz założyć działalność gospodarczą, no chyba że dogadasz się z istniejącą już firmą – wtedy jednak stracisz część zysku (zależy od umowy). Uwaga, to wcale nie musi być istniejące wydawnictwo. Grę może wydać każda firma, nawet taka zajmująca się, np. produkcją żyrandoli (pod warunkiem, że prowadzi księgę przychodów i rozchodów oraz dopisze sobie odpowiedni nr PKD – polskiej klasyfikacji działalności; najczęściej 32.40.Z, co oznacza produkcję gier i zabawek).

Jeśli nigdy nie miałeś firmy, dobra twoja, bo na dzień dobry masz, tzw. niski ZUS przez 2 lata (aktualnie ok. 550zł/mc, po 2 latach ok. 1200zł). Do tego dochodzi prowadzenie księgowości (tutaj zależy, gdzie będzie prowadzona oraz od tego, jaką formę opodatkowania wybierzesz; może to być 150zł, 300zł, 500zł a jak zdecydujesz się na renomowane biuro z doradcą podatkowym to nawet 1500zł).

Księgowość.

Zwykła księgowa po prostu zaksięguje przyniesione faktury i wyliczy podatek. Doradca podatkowy nie zaksięguje tego, co budzi podejrzenie i nie jest związane z prowadzeniem działalności. Księgowość ma swoje plusy i minusy. Oczywiście można prowadzić księgowość samemu, jednak na twoim miejscu oszczędziłbym sobie tego stresu. Nie oznacza to, że wszystkiego masz nie sprawdzać i nie liczyć, co pomoże ci nabyć doświadczenia i dodatkowej wiedzy o finansach/obrotach/kosztach firmy.

Wielu przedsiębiorców tego nie robi. Nie wiedzą jakie mają obroty, jakie mają koszty a czasem nawet ile dokładnie mają pieniędzy. A już w ogóle śmiertelnym grzechem jest mieszanie pieniędzy firmowych z prywatnymi. Nie wiedzą nawet ile pieniędzy jest w chmurze podatkowej (takie pojęcie przyjmuję tutaj jako ułatwienie). Chodzi o to, że możesz mieć nadpłatę podatku i dopóki nie wystąpisz o jego zwrot, to nie zobaczysz tych pieniędzy na koncie. Niejako spalą się one za to, jak będziesz prowadził sprzedaż swoich produktów a więc generował dochód.

Inwestycja w grę planszową.

Na przykładzie gry… właśnie wydałeś 20 tys. zł w drukarni. Dostałeś fakturę na tę kwotę brutto. Od tego masz 3739,84zł nadpłaty VATu (23%) w chmurze. Ten VAT zapłaciłeś, ale odprowadziła go do Urzędu Skarbowego drukarnia a ty możesz go odzyskać. Jak wystąpisz o zwrot, zwrócą ci po 60 dniach. Fajnie nie? Jak nie zapłacisz należnego VATu 25-go każdego miesiąca, to krótko mówiąc zaczną cię ścigać; pewne są odsetki i pismo z Urzędu Skarbowego o zaległościach i grożących sankcjach. Dodatkowo w bonusie możesz się spodziewać kontroli skarbowej ^_^ Tak jest, nic z tym nie zrobisz.

Korzystnie jest na pewno założyć firmę w dużym mieście, gdzie wbrew pozorom łatwiej uniknąć kontroli. W Polsce w urzędach kontroli skarbowej jest zatrudnionych ok. 5 tys. urzędników. W samej Warszawie mamy ponad 280 tys. zarejestrowanych działalności. Jakby tak mieli wszystkich kontrolować, to musieliby zatrudnić kilkaset tysięcy nowych urzędników. Nie namawiam w żadnym wypadku do robienia wałków, ale po prostu albo coś bardzo przeskrobiemy albo zaczniemy zarabiać na tyle dużo milionów, że zwrócą na nas uwagę.

Podatki.

Wracając do wydanych 20 tys. zł na produkcję gry. 16260,16zł to twoje koszty, które zmniejszą podatek dochodowy ale tylko w wysokości wybranego sposobu opodatkowania. Załóżmy, że jest to najbardziej popularna Książka Przychodów i Rozchodów (KPiR) z podatkiem liniowym 19%. Oznacza to, że w nadpłacie masz 3089,43zł podatku dochodowego, który będziesz spalać podobnie jak VAT z tym, że nie można wystąpić o zwrot tych pieniędzy. Ew. nadpłaty są rozliczane na koniec roku po złożeniu formularza PIT.

Niektórzy z was zapewne dostali już kociokwiku od tych obliczeń, bo jesteście twórcami gier, artystami, którzy gdzieś mają liczby. Rozumiem to, takie rzeczy po prostu do was nie trafiają i musicie poświęcić więcej czasu na ich analizę.

Sam nie do końca lubię liczby, jak widzę arkusz kalkulacyjny to mnie trzęsie, ale mus to mus. Byłem niejako do tego zmuszony i po latach widzę, że odpowiednie obliczenia i analizy mogą nas uchronić przed głupimi decyzjami. Zresztą, jak w grę wchodzą własne pieniądze, to nagle zaczynasz lubić liczby, bo strata własnych pieniędzy boli 10x bardziej niż cudzych (o ile strata cudzych w ogóle jakoś boli).

Jak znalazłem się w branży?

Jak to było u mnie? Zaczynałem od zera. True story. Nie miałem pieniędzy. Bogatego wujka z Ameryki też nie miałem. Nie miałem nawet pomysłu na grę. Nie myślałem nawet o stworzeniu wydawnictwa. Jak więc to się stało, że powstało wydawnictwo Let’s Play (jeśli nie kojarzysz to pewnie kojarzysz nasze gry Arkana Miłości i Labyrinth).

Stało się to kilka lat temu jak poznałem na studiach mojego aktualnego wspólnika Kamila, który wymyślił grę (flirt towarzyski; to kij, że w kiosku można było go kupić za 2zł, ale “ten był lepszy” ^_^). Po drugim piwie w jednym z wrocławskich pubów podjęliśmy decyzję, że wydamy tę grę. Raz się żyje.

Pierwsza gra.

Ściepa po 1500zł (oczywiście nie naszych a pożyczonych) i 500 egz. flirtu błyszczało w naszym “magazynie”, tj. pokoju studenckim. Żeby było taniej sami to składaliśmy. Karty dostarczono nam w formatkach do wybicia, pudełka niezłożone a instrukcje wydrukowaliśmy na zwykłej drukarce. Założyłem firmę i ruszyła sprzedaż.

Co to była za mordęga… zero pojęcia o sprzedaży, o tym komu sprzedać i w jakiej cenie. Wszystko robiliśmy na czuja. Była w tym masa błędów, ale dzięki temu nabyliśmy dużo doświadczenia. Na początku postanowiliśmy sprzedawać towar do sex-shopów… ale to historia na inny artykuł…

Znalazłem się więc w branży przypadkowo? Można tak powiedzieć. Splot odpowiednich wydarzeń i znajomości wpłynął na taką a nie inną decyzję. To było 8 lat temu… w gry planszowe w tamtym okresie w zasadzie nie grałem, zapomniałem o tym. Bardziej byłem wkręcony w gry komputerowe choć i na nie było coraz mniej czasu.

Przed tym, jak Kamil przyszedł do mnie z pomysłem na grę typu “flirt” to przypomniał mi najpierw o karciankach. Zawsze miał w plecaku kilka talii Magic the Gathering i zawsze namawiał mnie, żeby pograć więc grałem. Gdzieś w tle to hobby zaczęło się tlić, by wkrótce rozpalić się jeszcze bardziej.

Pasja.

Gry i zajmowanie się nimi od strony biznesowej stało się moją pasją, której chętnie poświęcam czas, choć na początku nie było z tego w ogóle pieniędzy. W miarę rozwoju wydawnictwa koszty rosną i pomimo o wiele większych obrotów zawsze brakuje pieniędzy. Zmieniła się jedynie skala. Kiedyś brakowało “1500zł”, teraz brakuje “50 tys. zł”. ponieważ apetyt na realizację fajnych pomysłów rośnie wykładniczo.

Zdarzają się okresy, gdzie trzeba pozbyć się wszystkich pieniędzy i jeszcze pożyczyć co nieco. Na szczęście prawie zawsze się to zwracało, dzięki czemu mogliśmy nadal funkcjonować. Zawsze jednak borykaliśmy się z dużym ryzykiem, które mogłoby psychicznie wykończyć niejedną osobę.

Ryzyko.

Ryzyko to kolejny ważny aspekt tego biznesu. Głównie ryzyko finansowe, ale czasem też wizerunkowe. Finansowe w przypadku wprowadzania na rynek nowej gry w zasadzie zawsze wynosi 100%, nawet jeśli recenzenci się zachwycają a ludzie na konwentach chętnie grają w prototyp. Co z tego, jeśli gra może się po prostu nie sprzedawać z niewiadomych przyczyn i w końcu tonie wśród konkurencji.

Jeśli gra się sprzedaje, to ryzyko się zmniejsza w przypadku finansowania dodruku. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z takiego ryzyka. Wyobraź sobie, że wpłacasz 20 tys. zł na lokatę w banku, ale możesz wszystko stracić. W przypadku zysku masz zwrot inwestycji oraz ekstra, np. 5 tys. zł, które w połowie zostają zjedzone przez koszty stałe i podatki a druga połowa przez nietrafione decyzje 😀

Ryzyko wizerunkowe.

Ryzyko wizerunkowe jest z reguły mniejsze, jeśli chcesz wydać grę w neutralnym klimacie, który trafia do większości osób. Raczej nic się nie stanie, jeśli wydasz kolejną grę o uprawianiu pola, handlu surowcami, czy dziejącą się w kosmosie. Może się to jednak zmienić, jeśli przywalisz czymś niestandardowym, co może albo dać ci rozpoznawalność albo zrzucić cię ze sceny. Posłużę się znowu swoim przykładem i grą Arkana Miłości. Gra EROTYCZNA! Bój się Boże! Powariowali!

Ten tytuł był łatwiejszy w sprzedaży do sex-shopów ale trudniejszy w sprzedaży do sklepów z planszówkami. Ten temat tam po prostu nie istniał. Sklepy patrzyły się na nas jak gąska na błyskawicę. Prawie nikt tego nie chciał brać do sprzedaży. Odważył się mały sklepik z Gdańska… no dobra, Rebel.

Po krótkim czasie w sklepie pojawiła się kategoria gier dla dorosłych a przez kilka lat z rzędu Arkana były w topie sprzedażowym w okresie walentynkowym. Szybko poszło, inni wzięli towar od Rebela widząc, że gra się sprzedaje i można na niej zarobić. Nic odkrywczego. Pozwoliło to jednak na pojawienie się w zasadzie prawie we wszystkich sklepach z planszówkami. Dziękuję Rebel! 🙂

Ludzie zaczęli nas rozpoznawać po tej grze a nie po brandzie wydawnictwa. Ciekawe prawda? Nie sądziłem, że sprawy przyjmą taki obrót, ale się cieszyłem. Lepiej mieć znane gry niż znane wydawnictwo z nieznanymi grami, jeśli to w ogóle możliwe 😉

Branża się rozwija z dnia na dzień. Za naszą zachodnią granicą, wydaje się rokrocznie kilkaset nowych tytułów, z których większość w żaden sposób nie wpływa na branżę. Konkurencja jest przeogromna. Albo masz trochę więcej kasy na realizację i promocję gry (tak 200 tys. zł +) albo przywalisz jakiś niestandardowym pomysłem, obok którego nikt nie przejdzie obojętnie. Czasem jest to dobry sposób aby tylko poznać się z branżą i zbudować relacje, które będzie można wykorzystać do przyszłych interesów.

Finanse…

Pogodzić wszystkie tematy finansowe nie jest łatwo. Podjąć odpowiednie decyzje, które będą przynosiły pozytywne efekty jest jeszcze trudniej, ale da się. Z czasem bowiem jest coraz łatwiej. Jeśli kompletnie nie jesteś w temacie, porozmawiaj z przedsiębiorcami, którzy mają za sobą kilka lub kilkanaście lat doświadczenia. Większość zapewne chętnie udzieli Ci kilku porad, a może jeden z nich zostanie Twoim mentorem i nie pozwoli Ci popełnić głupich błędów.

Prywatne finanse.

Na początek najłatwiej zająć się prywatnymi finansami. Liczysz codziennie swoje pieniądze (ale nie w portfelu)? Czy dokładnie liczysz to ile i na co wydajesz? Nie? Licz. Zdziwisz się ile pieniędzy ucieka ci, np. na jedzenie. Ja w twoim wieku nie jadłem! A tak poważnie, to jest to podstawa, ściągnij sobie apkę na telefon, np. Spendee i zapisuj wszystkie swoje wydatki konsekwentnie. Efekty zobaczysz po 2-3 miesiącach, jak zobaczysz na jakie bzdury wydałeś pieniądze.

Pokusy.

Podobnie jest z firmą, na każdym kroku czekają pokusy do wydania pieniędzy. Nowa strona www, może sklep, nowe wizytówki, flagi wydawnictwa czy plakat na pół bloku twojej gry. Większość z tych rzeczy nie jest potrzebna. Kupuj je tylko wtedy, kiedy naprawdę wiesz, że przełożą się na efekty. Na tym polu i ja popełniłem wiele błędów. Spokojnie nazbierałoby się z 10 tys. zł, które były wydane na bzdury bez efektu, często pod wpływem emocji. Tutaj sprawdza się lepiej chłodna kalkulacja i odczekanie kilku dni, przespanie się z tematem.

 

Dziękuję za poświęcony czas na przeczytanie artykułu. Piszcie komentarze, chętnie się z nimi zapoznam. Jeśli chcielibyście się czegoś dowiedzieć z życia wydawcy, poinformujcie mnie o tym, wplotę to na pewno w przyszłych artykułach.

Prezent dla czytelników!

Wersja Print&Play naszej pierwszej gry „Flirt Let’s Play” do pobrania TUTAJ 🙂 Zobaczcie od czego zaczynaliśmy 😀

 

Koniecznie zajrzyj na pozostałe moje artykuły! KLIKNIJ TUTAJ!

Cold fire in hand above water.

Życie to gra.

Życie to gra.

Najprawdopodobniej grasz w gry i w sumie nie ważne, czy komputerowe, czy tradycyjne (planszowe i karciane) to takie porównanie do życia wydaje mi się bliskie. Nie masz czasem takiego wrażenia? Nie wiem, kiedy się urodziłeś i w jakich czasach żyłeś, ale załóżmy, że tak jak ja przyszedłeś na świat w latach 80. Ja jestem rocznik 86 (Czarnobyl i takie tam…).

To były “fajne” czasy, ciekawe, szczególnie w Polsce. Czasy wielkich zmian a z początku czasy komuny, ale co ja mogłem pamiętać w wieku kilku lat… nic. Gdyby nie wujek, który miał kamerę na kasety VHS i kręcił różne wydarzenia rodzinne, to byłoby z tym słabo.

Wytężam mózgownicę i zastanawiam się, co tak naprawdę pamiętam naturalnie. Myślę, że tak realnie to od roku 92. Jakieś wakacje nad morzem, zabawy na dworze, szkoła etc. Wyraźnie jednak się to zmieniło, gdy w swoje ręce dorwaliśmy z bratem konsolę Pegasus na duże żółte dyskietki. To był bodajże rok 95. Dyskietki i masę gier pamiętam za to świetnie.

Znowu od nowa…

Gry z cyklu “zawsze w prawo” zapadły mi w pamięć bardzo dobrze. Podobnie, jak w życiu nie było save’ów (zapisu stanu gry). Z reguły szło się na żywioł. Straciłeś wszystkie życia (o ile było ich więcej niż 1), do widzenia. Zaczynasz od nowa. OD NOWA! No dobra, były gry, które niejako zapisywały poziomy, ale po odłączeniu konsoli z prądu znowu zaczynałeś OD NOWA.

Marzeń miałem wtedy niewiele ale jednym z nich była możliwość zapisywania stanu gry. Jakie to by było cudowne… jednak nigdy się nie pojawiło, dopiero na komputerze PC. Konsola zakończyła swój żywot na własne życzenie. Gdy gra kończyła się w nieoczekiwanym momencie, złość była tak wielka, że to małe szare pudełko zawsze fizycznie obrywało. Ostateczny cios – wbiłem w nią śrubokręt bo gra uległa zawieszeniu a ja byłem już tak daleko…

Etapy gry.

Życie to jedna wielka gra. Na każdym jej etapie musimy zapoznać się z nowymi zasadami, pogłówkować jak rozwiązać problemy, pokonać przeszkody, czy po prostu poświęcić sporo czasu by gdzieś dojść. A jak już dojdziemy to nie ma łatwo. Czeka na nas BOSS. Sprawdza on nasze umiejętności, które zdobyliśmy na niższych poziomach. Jeśli go nie pokonamy, nie możemy grać dalej.

W grach jest to ułatwione. Rzeczywiście to widać. Zmienia się sceneria, ekran zaczyna migać, słyszymy inną muzykę, bojowe dźwięki. Wyłazi coś i trzeba to pokonać, bo inaczej to COŚ pokona nas i wtedy cofamy sie by zdobyć więcej doświadczenia. Czasem wystarczy trochę szczęścia, jak w życiu. Tyle, że w prawdziwym życiu nie zawsze wiemy, gdzie ten BOSS się czai.

Pomidory z Biedry.

Wyobrażasz to sobie? 😉 Wracasz z Biedry z pomidorami, wychodzisz zza rogu budynku, a tu jeb! Grzmot z jasnego nieba, ciemno, dźwięki dochodzą nie wiadomo skąd i wyłazi na ciebie COŚ, musisz to pokonać! Nie możesz uciec, nie możesz się obudzić, możesz co najwyżej rzucać pomidorami. Jak nie pokonasz, to zapada ciemność… i nagle budzisz się rok wcześniej.

To by była opcja! Podejrzewam, że wiele osób specjalnie nie próbowałaby pokonać BOSSa żeby tylko pokierować swoim życiem inaczej. Przyjmijmy zatem na potrzeby tego case’u, że nie cofasz się o rok, a rzuca cię o rok do przodu. Tracisz więc rok swojego życia. Co byś wtedy zrobił?

Straciłeś rok, inni poszli do przodu. Rok cię nie było, wygasiły się relacje, kot uciekł z domu w pogoni za jedzeniem, dziewczyna/chłopak nie czekał, ZUS ściga za nieopłacone składki, komornik zabrał wszystkie gry, nie zjawiłeś się na wizycie u endokrynologa na NFZ i znowu musisz czekać 3 lata…

Doświadczenie.

Bardzo dużo można wynieść z gier i przenieść do prawdziwego życia. Z gier się uczymy, inspirujemy się, przeżywamy silne emocje. Pierwsze gry, w które grałem były po angielsku i nie było Google Translatora, po słownik trzeba było dymać do szkolnej biblioteki. W przypadku gier komputerowych trzeba było grać na czuja, wybierać losowo różne opcje i sprawdzać, co się stanie. Często musiałem się domyślać o co chodzi, szczególnie w grach przygodowych.

Gry planszowe.

Na szczęście w moje ręce trafiły też gry planszowe, które były wydane po polsku. Pierwsza moja gra? Prócz tradycyjnych i popularnych (np. bierki, warcaby, chińczyk) to było, z tego co pamiętam Magia i Miecz. Potem dodatki oraz Magiczny Miecz. Przewinął się też standardowo Eurobiznes, w który uwielbiałem grać, bo prawie zawsze wygrywałem, mając w dużo kasy, a inni się tak pięknie wpieniali. Jednak to Magia i Miecz była prawdziwą namiastką nowoczesnych gier planszowych. Choć jakość elementów nie powalała bo plansza była, np. plakatem złożonym na 4 a resztę elementów trzeba było sobie wyciąć nożyczkami, to była w tym magia. Szczególnie wtedy, jak do gry zasiadało się w kilka osób.

Relacje.

Główną siłą nadal są dzisiaj prawdziwe relacje, to że zasiadamy do gry przy jednym stole i zagłębiamy się w świat gry nie patrząc co chwilę na smartfon. Śmiem stwierdzić, że w dzisiejszych czasach to spore wyzwanie odciąć się na kilka godzin od technologii. No cóż, prawie wszyscy jesteśmy od niej uzależnieni. Jeśli myślisz, że nie jesteś, wyłącz swój smartfon i zostaw go w domu na 2 dni. Jeśli naprawdę jesteś w stanie, to fajnie. Ja chyba nie jestem w stanie, ale może dlatego, że smartfon służy mi również do pracy. Dobrze mieć komputer ze stałym łączem internetowym w kieszeni. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w roku 2015 było to moje marzenie… mieć cały stałe łącze w telefonie.

Świat bez gier.

Zastanawiałeś się może jak wyglądałby świat bez gier? Jak wyglądałoby bez nich nasze życie? Przede wszystkim prawdopodobnie technologia nie rozwinęłaby się aż tak w tak krótkim czasie. Nie wiem, czy wiesz, ale to głównie gry zmuszają producentów podzespołów komputerowych do opracowywania coraz to nowszych kart graficznych czy innych współodpowiedzialnych układów. Gry to rozrywka, a rozrywka jest potrzebna w dzisiejszych czasach bardziej niż kiedyś. Pęd życia sprawia, że jesteśmy znerwicowani. O rozluźniającym czy rozładowującym stres aspekcie gier chyba nie muszę mówić 🙂

Nawet te planszowe to potrafią, choć nie wszystkie ponieważ nic tak bardzo nie denerwuje niektórych osób jak zbliżająca się porażka. Tracą one ochotę do gry a czasem przesadzają z reakcją (wpisz sobie na YT “francis board game” a będziesz wiedział o co mi chodzi) 😉 Załóżmy jednak, że wygrywasz. Nie ma co ukrywać – to bardzo poprawia nastrój. Warto grać i zdobywać doświadczenie, uczyć się nowych strategii rozgrywki oraz oznać całą grę.

Wnioski.

W zasadzie podobnie jak w życiu. Może uda się przy odrobinie szczęścia gdzieś dojść, ale gdy masz większą wiedzę i większe doświadczenie to dojdziesz tam może niekoniecznie szybciej ale mądrzej. Nie popełnisz po drodze tylu błędów, co idąc na pałę. Jeśli znasz dobrze grę, a więc masz wyznaczony cel, do którego dążysz, to jeszcze lepiej. Zostawisz współgraczy w tyle, a oni będa się głowić, jak to się stało. Na pewno tak miałeś. Ja też nie raz siadałem do gry z jakimś przekozakiem, który w kilku ruchach wygrywał grę, nawet jeśli się nie zakończyła ale wszyscy już wiedzieli, że będzie c*%#, dupa i kamieni kupa 😉

Dziękuję za poświęcony czas. Podobało się? Obserwuj mnie, polub, zostaw lajka i komentarz, udostępnij. Będzie mi miło z tego powodu 🙂

 

Podobało się?

Nie zapomnij przeczytać innych moich artykułów, m.in.:

Star Wars stormtrooper and a bulb.

Pomysły na gry znajduję zmywając naczynia.

To, że pomysły na gry znajduję zmywając naczynia nie jest prawdą, bo znajduję je nie tylko tam. Pomysły powieści kryminalnych znajduję zmywając… jest to zajęcie tak głupie, że zawsze rodzi we mnie myśl o zabójstwie. Żartowała słynna pisarka Agatha Christie.

Eureka!

Widzę tu jednak coś więcej. Pomysły czasem pojawiają się w naszej głowie znienacka, podczas wykonywania zupełnie niezwiązanych z tematem czynności. Rąbiesz sobie drewno albo myjesz naczynia i…! Pomysł w głowie wystrzelił! Zadaję sobie, jak dziecko pytanie “dlaczego?”. Jak się ma do tego kreatywność?

Mihaly Csikszentmihalyi, psycholog żyjący w USA pisze, że kreatywnością jest osiągnięcie czegoś niezwykłego i nowego, czegoś, co przekształca i zmienia pole działalności w sposób znaczący. Nie tylko więc sam pomysł, ale jego realizacja, no bo jak bez realizacji ma zmienić świat, czy chociażby coś w naszym najbliższym otoczeniu.

Kreatywność.

Podrążyłem trochę temat. Inni przychylają się ku twierdzeniu, że kreatywność to rozwijanie aktualnej wiedzy oraz umiejętności, których efektem są nowe pomysły. W psychologii mówi się o myśleniu dywergencyjnym (np. pomysł przyszedł do głowy podczas biegania) i konwergencyjnym (racjonalizm, analiza, koncentracja). Nie raz zapewne miałeś do czynienia z sytuacją, w której przez określony czas brałeś pod rozkminę dany problem. Analizowałeś go na wszystkie możliwe sposoby, czego efektem były nowe pomysły. Nie wszystko jednak da się tak rozwiązać. Czasem dochodzimy do momentu, w którym czujemy, że jesteśmy blisko jego rozwiązania lub podjęcia kluczowej decyzji, a jednak brakuje czegoś… nie wiadomo czego ale czujesz to. Kilka dni może zająć, zanim nas olśni.

Pojawiają się wtedy pomysły, które są po prostu nowe i rozwiązują nasz problem. W międzyczasie pojawiają się pomysły kompletnie nie związane z tym, czym się zajmujemy. Przychodzą one do nas, np. podczas snu, medytacji, czy wędrówki po górach. Wydaje się, że wspólnym mianownikiem jest jakiś stan relaksu. Okazuje się, że dobry nastrój również ma znaczenie. Istnieją badania, które potwierdzają wpływ dobrego humoru/nastroju na ilość rozwiązanych zagadek. Warto więc dbać o dobre samopoczucie 🙂 Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, jak prawie wszystko w życiu.

Pomysły na gry.

Skąd wreszcie biorą się pomysły na gry? Zmiana perspektywy jest ciekawą opcją. Zrób coś zupełnie innego niż inni, czasem nawet zwariowanego! Warto bawić się swoimi pomysłami i czasem podejść do tego z jajem 😉 Aktualnie jednak gry ewoluują wskutek burzy mózgów (grupowej lub indywidualnej) albo na podstawie innych gier. Gry, co prawda towarzyszą nam od wielu tysięcy lat, można więc założyć, że wszystko wyrosło na ich podstawie. Mechaniki gier są często zmieniane i udoskonalane. Każdy z autorów dokłada swoją cegiełkę. Potem pozostaje znaleźć dużo czasu na testy, wskutek których mechaniki są zmieniane, a raczej ewoluują.

Często mamy do czynienia z powielaniem mechanik z innych gier, które są już znane. Czasem jednak pojawia się coś nowego i to mnie właśnie najbardziej interesuje. Zastanawiam się, co i w jakim tytule najbardziej cię zaskoczyło – koniecznie daj znać w komentarzach. Wiem, że to zależy co prawda od ilości rozegranych gier, ale chętnie poznam twoje “wow”. Dla jednego będzie to handel surowcami w grze X, dla innych ciekawy system walki grze Y.

Czasem warto obrócić kota ogonem i rozpocząć pracę od nieoczywistej strony, np. od tego, jak będziemy grę promować na rynku. Wyobraź sobie, że właśnie zdecydowałeś, że stworzysz grę, ale nie wiesz jeszcze jaką. Chodzi ci po głowie kilka pomysłów ale nie wiesz, który wybrać. Jeden czujesz bardziej, inny mniej. Nie znasz się na wydawaniu, sprzedaży, czy marketingu. Może jednak właśnie od tego trzeba zacząć.

Czy to się sprzeda?

Gdy ktoś przychodzi do mnie z pomysłem na grę to od razu widzę w głowie, czy to jest sprzedawalne, czy nie… czy marketing będzie drogi, czy nie… Oczywiście nikt nie jest alfą i omegą i wszystkiego przewidzieć nie można. Można za to się fajnie pomylić. Nie raz widziałem, czy słyszałem o grach, które przed wydaniem nie rokowały a stały się hitem, np. Terraformacja Marsa. I na odwrót. Jeśli jesteś autorem i masz już swój projekt gry może być ci niezwykle ciężko zaakceptować, że twoja gra wcale takim hitem nie będzie, jak myślisz. W końcu to twoje “dziecko” i w pełni to rozumiem. Sam również się na tym przejechałem i to kilkukrotnie! W innych przypadkach trzeba poświęcić wiele czasu i pieniędzy, żeby odpowiednio dopracować grę (nawet po jej wydaniu) by zdobyć sobie serca fanów.

A może wszystkie pomysły są wrzucone we wspólny worek i gdzieś w przestrzeni jest zawieszone, powiedzmy “pole mocy” zawierające całą wiedzę, z którego każdy może korzystać… trochę odleciałem. A może niekoniecznie. Znalazło się kilku badaczy, którzy zajmowali się takimi zjawiskami, jak inteligencja rozproszona, czy pola morfogenetyczne. Pokrótce i ogólnie, niezależnie istniejące jednostki na świecie dochodzą do podobnych wniosków, czy pojawiają się u nich identyczne pomysły.

W poprzednim moim wpisie wspomniałem o uczuciu polegającym na tym, że pewnego pięknego dnia dowiadujesz się, że ktoś gdzieś wymyślił coś, co ty też wymyśliłeś, tylko że on to wprowadził w życie i teraz zarabia na tym kasę. Osobiście znam kilka takich osób, które się z tym zderzyły. Sam kilka razy się na to natknąłem najczęściej na przykładzie pomysłów na strony www, które kiedyś chodziły mi po głowie, a później ktoś to zrobił. Z drugiej strony wygląda to na naturalne następstwo dostosowania się do próby zaspokojenia aktualnych potrzeb ludzi.

Brak czasu i pieniędzy.

Ok, może być wiele czynników uniemożliwiających realizację pomysłu, jak brak odpowiedniej wiedzy, dostępu do ekspertów, do maszyn, czy wreszcie brak czasu i pieniędzy, czyli bolączki dzisiejszych czasów. Większość ludzi nie ma pieniędzy i czasu. Niestety tylko mały procent z nich coś z tym robi i próbuje zmienić ten stan rzeczy. Inny procent myśli, że zmienia ten stan rzeczy i nagle się budzą mówiąc “ooo… to już minęło 20 lat? kiedy to zleciało… teraz to już jestem za stary na zmiany”. Spoko, może tak chcą. Jeśli komuś tak dobrze i jest szczęśliwy to świetnie, naprawdę. O to właśnie chodzi, prawda? Być szczęśliwym, nawet jeśli nasze życie jest mniej skomplikowane.

Sporo osób, w tym ja, lubi sobie życie skomplikować by próbować dojść gdzieś dalej, by znaleźć własną ścieżkę, którą podążanie przyniesie szczęście i pieniądze. Niektórzy, np. postanawiają zrobić lub wydać grę albo to i to 😉 Czasem jednak się gubimy i wtedy zaczynamy kupować rzeczy, których nie potrzebujemy za pieniądze, których nie mamy żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy.

Tworzenie gry.

Jedną z rzeczy a może nawet idei, które dają mi szczęście to gry planszowe, które są dla mnie małymi dziełami sztuki. Od pomysłu do realizacji. Najwięcej szczęścia daje mi samo zajmowanie się wydawnictwem, tworzenie nowych sposobów zarobku, rozwijanie projektów, koordynowanie prac etc. Nawet bardziej niż samo granie w gry, na co z reguły nie mam czasu (o ironio!). Wiem, że muszę to zmienić i dążę do tego, by mieć więcej czasu na granie w gry. Możesz nie wierzyć, ale prawdopodobnie mam większe tyły w grach niż ty.

Wróćmy do tworzenia gry. Poświęcasz temu procesowi często wiele miesięcy a nawet lat, by ktoś powiedział, że twoja gra jest słaba. Uwielbiam konstruktywną krytykę, ale jak ktoś mi mówi, że moja gra jest słaba, bo jest słaba, to krew mnie zalewa. Z czasem jednak nauczyłem się, że cokolwiek nie zrobisz, to zawsze znajdą się osoby, które będą ci zazdrościć a ich wewnętrzny niepokój wyleje się na ciebie, jak wiadro gówna.

Testerzy.

Na szczęście są po drugiej stronie barykady osoby, które potrafią spojrzeć na twoją grę z szerszej perspektywy i dzięki konstruktywnej krytyce sprawić, że twoja gra będzie po prostu lepsza. Szczęście dają sami gracze nawet o tym nie wiedząc. Czasem wystarczy, że grają albo że się pojawią na turnieju. Na jednym z turniejów pojawiło się ponad 50 osób, a my nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić, bo spodziewaliśmy się max 10-12 osób.

Zdarzało się, że zakrywałem firmową koszulkę na konwentach i dosiadałem się do losowych osób grając w naszą grę Labyrinth: Paths of Destiny. Dzięki temu wyciągałem nowe wnioski, co działa a co nie do końca działa a czego nikt mi nigdy nie powie, bo nie będzie ku temu okazji. Taka rozgrywka to z reguły miód lejący się na serce, bo ludzie grają, bo się bawią, cieszą się, wciągają się w grę. Warto kolekcjonować takie chwile szczęścia, bo potem wystarczy sobie o tym przypomnieć i od razu lepiej człowiek się czuje, jest bardziej zmotywowany do pracy i życia.

Skojarzenia.

Z czasem można wytworzyć w swoim mózgu sporo skojarzeń, które będą się odpalać w różnych momentach życia. Przykładem niech będzie piosenka, którą słyszałeś na udanej randce z osobą, w której zakochałeś się po uszy ze wzajemnością. Nawet jak usłyszysz ją za 20 lat, może wrócić przyjemny stan emocjonalny. Może, ale nie musi.

Skojarzenia mogą się też przysłużyć kreatywności. Nie raz odpalam sobie swoją ulubioną muzykę by wejść w inny stan – większego skupienia, większej motywacji czy spokoju. Zdarzało się, że przy niektórych utworach i odpowiednich warunkach osiągałem duchowy orgazm, jeśli tak można to nazwać… Myślę, że może to mieć związek ze zjawiskiem nazywanym “flow”, stanem w którym nic nie ma znaczenia prócz wykonywanej aktualnie czynności. Założę się, że też to robisz, ale często nieświadomie.

Świadomość jest bardzo ważna. Pomaga doładować ten stan, czego efektem jest lepsze jego wykorzystanie. Nie chciałbym jednak abyś odniósł błędne wrażenie, że każdorazowo uda cię się wrócić do danego stanu emocjonalnego tylko przez to, że o nim pomyślisz, to tak nie działa choć niektórzy twierdzą, że działa. Przeczą temu badania, ale nie będę ich tutaj przywoływał, żeby cię nie zanudzać.

Nieszablonowe działanie.

Zrób sobie przerwę w pracy, popatrz na Słońce, wstań z fotela, zrób 10 pompek albo jakiś dowcip koledze z biura. Przerwa pomoże ci odetchnąć. Mózg chwilę odpocznie, zmieni stan. Może brzmi to dziwnie, ale zajmowanie się czymś, co jest de fakto oderwane od zadania, które wykonujesz może dać zadziwiające wyniki. Żeby nie było niedomówień, nie zajmowanie się zadaniem nie posunie go do przodu w kwestii pracy nad nim, która jest przewidywalna lub zaplanowana. Chodzi o nowe pomysły, czy skojarzenia, które mogą dać istotną przewagę przy wykonywaniu danego zadania.

Można próbować różnych technik. Jeden będzie rozpisywał pomysł w Excelu i wszystko liczył. Inny odsunie w salonie sofę i będzie rysował planszę na ścianie. Jeszcze inny kupi 20 gier, na podstawie których stworzy jedną, przy okazji większość z nich kanibalizując (wykorzystując ich elementy). Technik jest wiele, śmiem stwierdzić, że każdy ma swoją własną technikę. To jest fajne, ponieważ tworzy sporą różnorodność i jest szansa na fajny projekt. Nic jednak nie zastąpi wglądu w samego siebie, dzięki któremu powstają ciekawe pomysły. Ciekawostką niech będzie, że nasza gra planszowa Labyrinth przyśniła się mojemu wspólnikowi Kamilowi. Dziwne było jedynie to, że był zabójczo ociekający krwią od morderczych pułapek. Trochę to złagodziliśmy… do gry w miarę rodzinnej… 😉

Dziękuję za poświęcony czas. Podobało się? Obserwuj mnie, polub, zostaw lajka i komentarz, udostępnij. Będzie mi miło z tego powodu 🙂

 

Podobało się?

Nie zapomnij przeczytać innych moich artykułów, m.in.:

Toy gun bang!

Mam 32 lata i nic nie osiągnąłem…

…ale chyba i tak więcej niż większość ludzi, którym nie chce się ruszyć by zrobić coś, z czego będą dumni.

Kim jestem?

Mam na imię Mateusz Pronobis i na co dzień zajmuję się kilkoma tematami, w tym grami w wydawnictwie Let’s Play. Być może zbyt wieloma. Podobno warto się zajmować najwyżej dwoma żeby nie zwariować. Nie wiem, czy też tak macie, czy nie ale ja prawie wszędzie widzę okazję do biznesu. Myję zęby i myślę o tej paście, że może by tak produkować taką, która ułatwia zasypianie. Patrzę na las i już oczami wyobraźni widzę tartak. Rżniemy drewno i sprzedajemy. Pracuję na laptopie i zastanawiam się, za ile można by sprzedać go na części. Patrzę na kryptowaluty i widzę w głowie, jak tworzę brand, stawiam stronę i zaczynam sprzedawać tzw. koparki.

Czytam książkę i myślę, że fajnie byłoby je wydawać i jeździć na targi. W końcu wszystko jest warte zaciągnięcia się nową książką 🙂 Jak już o zaciąganiu się wyrobami papierniczymi mowa, to nie mogło tutaj zabraknąć gier. Patrzę na te gry, dotykami ich, otwieram, przeglądam, przerzucam elementy z ręki do ręki, czy wreszcie gram i myślę, jak stworzyć i sprzedać milion gier. Liczba z kosmosu? Nie dla mnie. Wiem, że to osiągnę. Kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy już za mną. Teraz trzeba zwiększyć skalę.

Wielość pomysłów.

Przykładów jest masa, mam pierdyliard pomysłów na minutę i to mnie wnerwia. Serio. Było dużo rzeczy w moim życiu, które rozpocząłem zajarany ich nowością ale nigdy ich nie dokończyłem. Niedokończone projekty kosztowały czas, często trochę pieniędzy a czasem też nerwów. Nigdy się nie zwróciły. Umarły gdzieś na końcu internetu lub w zapomnianym folderze.

Poczułem się właśnie jak Dexter w jednym z odcinków kreskówki “Dexter’s Laboratory”, które oglądałem jako dziecko. W odcinku tym Dexter dotarł do zapomnianej części swojego laboratorium, które było naszpikowane porzuconymi wynalazkami. Nie wiedział jednak, jak wrócić, ponieważ to było bardzo duże laboratorium (oczywiście pod domkiem jednorodzinnym). Niektóre z nich mu pomagały, ale większość chciała mu utrzeć nosa za to, że je porzucił. Smuteczek.

Jest w tym jednak jakaś prawda. Znacie to uczucie? W pewnym momencie dowiadujesz się, że ktoś robi coś, o czym ty myślałeś a teraz to on zarabia na tym kasę a ty nie, bo tego nie zrobiłeś. Jak jednak inaczej mielibyśmy się czegoś nauczyć by pójść krok dalej? Musimy po drodzę trochę nawywijać, poczuć na własnej skórze porażki, by dojść do sensownych wniosków.

To pierwszy tekst na moim blogu. Oczywiście, jak czytam czasem blogi innych to od razu sobie myślę “ja też będę pisał”. No więc pisałem, ale nigdy bloga. Za to sporo poezji. Nie wiem skąd to się u mnie wzięło. Choć jakoś nie pasuje to do mojego stylu życia, to wciąż nachodzi mnie wena, wpadam we flow i teksty się tworzą nie wiadomo skąd.

Postanowiłem blogować.

Skąd pomysł na pisanie bloga? Intuicja mi to podpowiada. Nie czuję jednak pisania na zwykłym kompie. Wziąłem do tego celu małego poręcznego laptopa, żeby móc pisać tam, gdzie będę miał ochotę, bez ograniczeń. Nigdy nie wiadomo, gdzie najdzie nas wena. Jest fajnie, atmosfera z nim jest bardziej intymna. No i wreszcie trzyma na baterii kilka godzin (moje małe marzenie się spełniło).

To świetne mieć pod ręką technologię, która umożliwia ci prawie wszystko, co jest w tych czasach potrzebne do zarabiania pieniędzy. Do tej pory miałem laptopa 17” dla graczy, choć służył głównie do pracy a nie do grania. Kloc ważył ze 3kg (z zasilaczem 4,5) i nie mieścił się do żadnej torby na laptopa, to też musiałem zakupić specjalny plecak… ale za to jak wyglądał! Budził strach i zdziwienie u gawiedzi, jak już go wyciągnąłem w miejscu publicznym. To tak, jakbyś podjechał po oranżadę do sklepu na wsi Lamborghini.

Będę pisał.

O czym będę pisał? Na pewno nie będę recenzował gier, ponieważ raz, że tego nie czuję i kompletnie nie mam na to czasu, a dwa – jest sporo fajnych recenzentów, którzy już to robią. To będzie mój prywatny blog, mój pogląd na ten świat pod pryzmatem branży gier karcianych i planszowych.

Na pewno będę sporo pisał o sprawach biznesowych, ponieważ rozkręcanie biznesu i ciągły rozwój jara mnie, jak mało co. Mam trochę wiedzy na ten temat, którą zdobyłem głównie poprzez realne doświadczenie przez kilka lat prowadzenia wydawnictwa Let’s Play i innych projektów. Może o nas słyszałeś, może nie… a jeśli nie to prawie na pewno słyszałeś o grze Arkana Miłości, czy  Labyrinth, które są bardziej znane niż sam brand wydawnictwa.

…także o pieniądzach.

Często będę poruszał temat pieniędzy. Dlaczego? Ponieważ mam dość ukrywania, że nie są one ważne. Są bardzo ważne w dzisiejszych czasach. Jak nie masz pieniędzy to jesteś w dupie. Jak masz pieniądze, ale nie masz wiedzy, co z nimi zrobić, to też jesteś w dupie. Przekonałem się o tym nie raz. No chyba, że masz ich szczęśliwym trafem na tyle dużo, że to ty możesz mieć wszystko w dupie. Podejrzewam jednak, że możesz się nie zaliczać do tej grupy ludzi.

Chcesz wydać fajną grę, musisz mieć pieniądze, chcesz sprzedać dobrze grę, musisz mieć pieniądze, chcesz się utrzymać na rynku przez wiele lat, musisz mieć dużo pieniędzy. Utrzymanie kosztuje, błędy kosztują, wszystko kosztuje. Nawet srajtaśma i to, że deszcz pada na dach twojego domu (jest taki podatek, serio). Czekam na opłatę od promieni słonecznych i mrozu.

…i dla siebie.

Będę pisał przede wszystkim dla siebie. W ten sposób układam sobie w głowie wiele tematów, tym bardziej, że znajduję się już w krainie osób po 30 roku życia i zaczynam jeszcze poważniej zadawać sobie pytania, co dalej, jak, po co, z kim, za co etc. Spisywanie swoich doświadczeń to tak poza tym świetna technika wglądu w przeszłość i możliwość na porównanie wyników w czasie. Wyobraź sobie, że masz 40 lat i od 25 lat piszesz… nazwijmy to pamiętnikiem 😉 Czasem czuję, że gówno osiągnąłem, ale dobrze wiem, że osiągnąłem o wiele więcej niż typowe Janusze Przegrywy, przede wszystkim dzięki grom planszowym, których kilka udało się wydać i utrzymać na rynku.

Czasem jak przeglądam zdjęcia z przeróżnych wydarzeń związanych z grami z naszym udziałem z lat 2009-dziś, to bardziej czuję, co osiągnąłem, a najlepiej jest się komuś tym pochwalić. Tak w ogóle pochwalenie się swoimi osiągnięciami to dobra technika sprzedażowa. Podobno wystarczy to robić raz dziennie, a mamy ku temu wiele profesjonalnych narzędzi poczynając od Facebooka.

Osiągnięcia.

Niestety czasem zapominam o tym uczuciu, że udało się osiągnąć coś naprawdę fajnego na tym rynku głównie poprzez monotonię dnia powszedniego, czy zajmowanie się innym tematem, którym nie powinienem się zajmować. Ten blog będzie mi o tym dodatkowo przypominał a przy okazji zostawię po sobie kolejny ślad. Wydanie gry pozostawia ślad, wydanie autorskich gier i przebicie się przez morze gówna (trudności, błędy, niepowodzenia, hejt itd.) by zostać zauważonym zostawia większy ślad. Ale to nie wszystko, bo cały czas się zastanawiam, jak zrobić, by po mojej śmierci moje gry cały czas się sprzedawały. To będzie wtedy spuścizna.

Będę też pisał także o tym, jaki wpływ ma chociażby otoczenie na rozwój projektu, czy nawet branży, jakich ludzi możemy spotkać, jak wykorzystać losowe zdarzenia, czy nawet jak to wszystko znieść psychicznie i fizycznie. Skoro to blog to będę też pisał niejako na bieżąco. Doświadczę czegoś, zobaczę coś ciekawego, spotkam kogoś, stanie się coś. To wszystko może być inspiracją lub nauczką, którą się z tobą podzielę. Będzie trochę psychologii w tym wszystkim, jestem niejako skrzywiony pod tym kątem 😉

Czas leci.

Grami zajmuję się od 9 lat, kiedy to postanowiliśmy wydać naszą pierwszą grę. Postanowiliśmy bo było nas dwóch, ja i Kamil, którego poznałem na studiach we Wrocławiu. Studiowaliśmy psychologię. Było zabawnie, szczególnie jak przychodziła sesja. Była też gra, którą opracował Kamil. Po kilku piwach postanowiliśmy ją wydać. Nie będę jej wspominał, nie tutaj. To była katastrofa. W pewnym momencie tak uważałem. Teraz tak nie sądzę. Gdyby nie masa trudności, które musieliśmy pokonać, nie wydalibyśmy kolejnych gier. Nie była to więc taka klapa, bo cały nakład 500 egz. udało się sprzedać. Co prawda była to przeprawa przez zasieki, ale czego się nie robi dla realizacji marzeń o zostaniu wydawcą! 😀

Być wydawcą!

Zostałem więc wydawcą. Było to dziwne uczucie. Nie czułem tego, że jestem wydawcą. Czułem, że założyłem firmę, że wydrukowaliśmy grę i ją sprzedawaliśmy. Do wydawcy mentalnie dorastałem kilka lat. To była po prostu firma realizująca swoje projekty, produkująca gry (a raczej zlecająca wydruk w drukarni). Gdzie nam było do takich wydawnictw, jak Trefl… oni mogli się tak nazywać.

Mimo wszystko, jako wydawca mam trochę inny pogląd na branżę gier niż ktoś kto w gry tylko gra lub je recenzuje. Nie raz na pewno zwrócę uwagę na szczegóły, o których nawet byś nie pomyślał, jak choćby to, że czasem większe pudełko może być tańsze w produkcji niż mniejsze, przez co gra na półce w sklepie będzie tańsza.

Doświadczenie.

Mam ochotę podzielić się swoim doświadczeniem, ponieważ miło będzie, jak ktoś kiedyś w przyszłości do mnie podejdzie na konwencie/targach i powie, że moje teksty pozwoliły lepiej ułożyć biznes, lepiej przygotować projekt gry, lepiej się sprzedać, czy wreszcie choć trochę zainspirować do działania. Nie wiem, czy jestem na to za młody, czy nie, ale czuję, że chcę zacząć się dzielić ze światem nie tylko grami ale także wiedzą, nt. ich przygotowania, produkcji, czy sprzedaży.

Pomoże to początkującym wydawcom, autorom gier, czy nawet graczom i osobom grającym sporadycznie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy się jaka klapka w głowie przestawi i jaki wniosek lub pomysł przyjdzie ci do głowy. Zrozum, musisz to docenić! Nie po to wypiłem tyle wódki, żeby zdobyć kontakty i doświadczenie. Wątroba już nie ta i nie mogę tyle pić 🙁 Dobra, żartuję sobie trochę ale swoje na konwentach trzeba było wypić 😉 O wątrobę tak naprawdę zawsze dbałem, więc możesz iść ze mną na wódkę. Powód musi być jednak dobry. Nie wystarczy, że akurat szedłeś do pracy i skusił cię monopolowy.

Dziękuję za poświęcony czas. Podobało się? Obserwuj mnie, polub, zostaw lajka, zostaw komentarz 🙂

 

Podobało się?

Nie zapomnij przeczytać innych moich artykułów, m.in.: