Punch today in the face.

Właśnie wymyśliłem kolejne Monopoly!

Łatwo nie będzie.

Pierwszy akapit piszę jako ostatni, ponieważ po ponownym zapoznaniu się z tym artykułem stwierdziłem, że muszę cię ostrzec przed dalszym jego czytaniem. Szczególnie wtedy, gdy jesteś twórcą gier, artystą, który ma swój pomysł na grę oraz go realizuje. Nie będzie łatwo, będzie trudno. Takie życie. True story.

Ja rozumiem, że najbliżsi uważają, że twoja gra będzie hitem. Rozumiem twoje napalenie i wyobrażenie świetlanej przyszłości. W końcu wreszcie skończą się wszystkie problemy finansowe. Nie, twoja gra nie będzie kolejnym Monopoly i jest duża szansa, że nie zarobi milionów. Wybacz, ale muszę wylać na twój łeb kubeł zimnej wody.

Wydać grę.

Wydanie gry to masa pracy wymagająca wiedzy, o większości, której prawdopodobnie nie masz pojęcia. Spokojnie, ja też o wszystkim nie wiem i często jestem zaskoczony pewnym aspektami pracy wydawniczej. Cudownie byłoby, gdyby na wydaniu jedynie się skończyło.

Masz pomysł na grę, realizujesz go, idziesz do drukarni, kładziesz na stół 50.000 zł i za 4 tygodnie odbierasz grę na kilku paletach. Gratulacje. Wydałeś grę. Właśnie zarobiłeś w dużo pieniędzy… no nie, jednak nie. Jak na razie to zainwestowałeś dość niepewnie dużo pieniędzy.

Światełko w tunelu.

Brawa należą się oczywiście za doprowadzenie projektu do momentu ujrzenia przez niego światła dziennego. Tak naprawdę już odwaliłeś kawał dobrej roboty. Serio. Jesteś lata świetlne dalej niż inni autorzy, którzy dłubią swoją grę od paru lat, ale nie mogą jej wydać, bo zbyt często poświęcają czas na jej dopieszczanie. A później budzą się po kilkunastu latach i żałują, że nie podjęli ryzyka, wydając swoją grę.

Szaleństwo!

Ryzyko jest jednak szalone. Można być tego pewnym i w sumie to się nie dziwię, że ludzie go nie podejmują. Tylko szaleni je podejmują. Czy także, jak ja jesteś szaleńcem? 😉 Później jednak piją szampana albo śpią pod mostem. Rozumiem też, że może cię to kompletnie nie interesować, w sensie że nie czujesz tego. Ok, ludzie są różni. Znam i wydawców i autorów gier, widzę te różnice, które nie zawsze polegają na posiadanej wiedzy, czy większych cohones.

Możesz pójść do jakiegoś wydawcy. Nie musisz przecież sam wykładać kasy, może zrobić to ktoś inny. Przy odrobinie szczęścia twój pomysł na grę tak bardzo się spodoba, że postanowią ją wydać. Jak pokazuje doświadczenie moich znajomych wydawców, 90% gier, które do nich trafiają do wydania, nie nadaje się do wydania! Niestety twórcy gier to często artyści, którzy tak mocno zagłębiają się w swój świat, że zapominają o innych ważnych aspektach albo… ALBO BRAKUJE IM WIEDZY.

Nie sprawdzą, nie zapytają, nie spróbują nawet zrozumieć, że pewnych np. elementów nie opłaca się produkować, bo są za drogie albo jest ich za dużo. No ale ok, od tego też jest wydawca, żeby to ogarnąć. Czasem bawi mnie, jak trafia do nas prototyp gry z adnotacją, że w grze absolutnie nie można NIC zmieniać. Proszę… tak ładnie proszę…

Reklama dźwignią handlu.

Wracając do wydawcy, który zdecydował się wydać twoją grę. Pytanie, jak bardzo będą chcieli cisnąć jej marketing, a więc ile pieniędzy wydać na jej promocję, idąc dalej… ile dodatkowo STRACIĆ pieniędzy w imię niepewnego zysku. Z reguły jest to duża inwestycja, z której nawet nie zdajesz sobie sprawy. Nie tylko kasa wydana na produkcję, ale także na marketing, jakikolwiek by nie był. Nie wspomnę już o czasie, którego nie da się odzyskać a czas to pieniądz. Ryzyko jak cholera! A pomyślałeś może, ile wyłożyć na marketing bezinteresownie z własnej kieszeni? Założę się, że nie (haha).

Przy kolejnej odrobinie szczęścia gra zacznie się fajnie sprzedawać i dobra twoja, dostaniesz 3-10% od wyniku sprzedażowego netto (z reguły raczej nie więcej; zależy od wielu czynników). To łatwiejsza droga, która przyniesie dobre pieniądze, gdy gra zacznie się sprzedawać w tysiącach, a następnie w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy rocznie, nie tylko w Polsce. Naprawdę super coś wymyślić, nie ponieść zbyt dużego lub żadnego ryzyka finansowego i zgarnąć fajną kasę. Każdy chyba by tak chciał 🙂 Prawie pasywny zarobek 🙂 Nie ukrywam, że również do takiego dążę. W pełni pasywnego nie uznaję, bo zawsze trzeba odwalić jakąś robotę.

Ja chcę sam!

Możesz jednak wybrać trudniejszą drogę, z większym ryzykiem finansowym i wydać grę własnym sumptem. To ile dzięki takiemu rozwiązaniu zarobisz, będzie w zasadzie zależeć tylko od ciebie. Na pewno przy małych nakładach zarobisz więcej niż z udzielenia licencji. Dużo więcej, a jak zaczniesz sprzedawać na cały świat kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy rocznie, to mogą nawet pojawić się wspomniane miliony. Serio. Obrotu. Wyobrażasz sobie swój pierwszy milion? Wtedy pojawia się Kapitan Obrót i mówi, że ⅓ to podatki a ⅔ to koszty. Ekhm… a bo coś się pomyliłeś w obliczeniach…

Problem w tym, że ta droga wymaga cholernie dużo pracy. Możesz stracić przez nią zdrowie, związek, pieniądze i Bóg wie co jeszcze… a no i na pewno znajdą się hejterzy, którzy obleją cię gó#&$@. Gdzieś usłyszałem, że trzeba przekopać się przez gó#&$@ by dokopać się do cukierków. Coś w tym jest. Same cukierki nazwijmy kasą i uznaniem. Reszta to doświadczenie, którego nie da ci udzielenie licencji. Pytanie, czy warto? Sam musisz sobie na to odpowiedzieć. Moim zdaniem warto, szczególnie wtedy, gdy jesteś młody/młoda i nie masz nic do stracenia oraz nie masz problemów w życiu lub myślisz, że je masz.

Życzliwość.

Hejterzy jednak z czasem topią się we własnym gó#&$@ i zostają ci, którzy cię wspierają. Okazuje się, że w żadnej dotąd branży, w której pracowałem, nie spotkałem się z tak życzliwym podejściem, jak w branży gier planszowych. Naprawdę! Spotkałem masę ludzi, którzy gratulowali mi projektów gier, zaangażowania i cieszyli się razem ze mną. Nierzadko takie osoby, często z branży, a więc mające większą ilość doświadczenia bez problemu doradzały mi w różnych kwestiach.

Dzięki nim ulepszony został marketing czy sprzedaż (ogólnie mówiąc). Z wieloma osobami, które poznałem na konwentach, spotkaniach biznesowych, czy podczas rozgrywek mam kontakt do dzisiaj. Czasem śmieję się, że mam mnóstwo znajomych tylko większość mieszka poza Wrocławiem :p Niestety poza targami ciężko z nimi wszystkimi się spotkać. Konwenty/targi łączą ludzi, oni tam wszyscy są, jest fajnie. To co, że nie mają czasu, bo pracują albo grają, po prostu tam są i zawsze powiedzą, chociażby CZEŚĆ 🙂 Dziękuję Wam za to! ^_^

 

Podobało się?

Nie zapomnij przeczytać innych moich artykułów, m.in.: